Blog red/akcyjny

Giełda jest jedynym znanym narzędziem wyceny marzeń

2009-12-30 2:56

Czy warto lecieć na Pandorę?

Fabuła Avatara, nowego filmu Jamesa Camerona, opiera się na konflikcie o złoża surowca zwanego Unobtainium znajdującego się na odległej Pandorze. Jak dowiadujemy się z treści filmu, kilogram tego metalu kosztuje na Ziemi 20 mln dolarów. Oznacza to, że cena 1 uncji surowca to 622 070 dolarów. Wydaje się całkiem sporo, porównując do wyceny innych “pospolitych” metali. Prawda?

Na przykład cena złota w tej chwili to 1093 dolary za uncję. Jednak trzeba pamiętać, że dzisiejszy dolar w 2154 r. będzie wart o wiele mniej. Od początku swojego istnienia do 2004 r. dolar stracił ponad 92 proc. swojej siły nabywczej, czyli tak naprawdę wartości. Oznacza to, że dwieście lat temu wartość 1 dolara odpowiadała obecnej wartości ponad 14 dolarów.

Jednak jeżeli chcemy oszacować ile będzie wart dolar za kolejne 200 lat nie możemy zastosować prostej ekstrapolacji trendu, ponieważ w historii dolara miało miejsce jedno bardzo ważne wydarzenie, które sprawiło że dolar po 1971 r. nie jest już tą samą walutą co wcześniej. Chodzi oczywiście o załamanie się systemu z Bretton Woods oraz zniesienie wymienialności dolara na złoto.

Od 1971 do dzisiaj amerykańska waluta straciła 81 proc. swojej wartości i to właśnie tę tendencję wykorzystamy do próby oszacowania jego wartości w 2154 roku. Zakładając, że dolar co roku tracić będzie 4,43 proc. swojej siły nabywczej możemy wyliczyć, że za 145 lat będzie za niego można kupić tylko 0,00146659 dóbr, które można nabyć dzisiaj. Oznacza to, że aby posiąść siłę nabywczą dzisiejszego 1 dolara, w 2154 r. będziemy musieli posiadać aż 681,85 dolarów. Przekładając to na cenę złota, można oszacować wartość jednej uncji w połowie XXII w. na poziomie 745 267 dolarów, co daje prawie 24 mln dolarów za kilogram!

Zatem cena 20 mln dolarów za kilogram Unobtainium w 2154 r. nie robi już takiego wrażenia. Można nawet zadać sobie pytanie, czy wydobywanie tego metalu nawet w ilościach przemysłowych byłoby w stanie sfinansować zakrojoną na taką skalę wyprawę międzygwiezdną? Można mieć wątpliwości. Na pewno jednak problem ten nie dotyczy filmowców, którym inwestycja w dzieło Camerona zwróci się z nawiązką.

Produkcja i promocja Avatara kosztowała pół miliarda dolarów. Jednak wytwórnia i inwestorzy, którzy wyłożyli pieniądze na ten projekt mogą spać spokojnie. W pierwszy weekend wyświetlania film zarobił na całym świecie 242 miliony dolarów.

W Polsce pierwsze trzy dni pokazów to 315 143 widzów i 7 803 451 zł wpływów do kas kin. Oznacza to, że średnia cena biletu na nowe dzieło Camerona to niecałe 25 zł. Jest to wyższa wartość niż dla średniej ceny biletu kinowego, którą wynosi 17 zł. Różnica, pomijając wyższe ceny biletów w weekendy (Avatar premierę w Polsce miał w Boże Narodzenie, z 2 tyg. opóźnieniem w stosunku do premiery światowej) wynika z tego, że film wyświetlany jest głównie w formacie 3D.

To właśnie trójwymiarowa jakość obrazu może być powodem, dla którego przemysł kinowy, wbrew temu czym straszą organizacje antypirackie, nie umrze, a wręcz przeciwnie, ma szansę złapać drugi oddech. Tradycyjne kina wciąż mają ogromną przewagę nad większością zestawów kina domowego, a dzięki technologii 3D jeszcze zwiększają ten dystans.

Kondycja branży nie jest zła. Wystarczy powiedzieć, że mimo “wielkiego kryzysu” ten rok dla polskich kin może okazać się rekordowy - po raz pierwszy liczba sprzedanych biletów ma szansę zrównać się z liczbą mieszkańców Polski. Swoją cegiełkę do tego bardzo dobrego dla polskich operatorów kinowych okresu dołoży najnowsze dzieło Jamesa Camerona.

Ciekawostka: Unobtainium to nazwa metalu wymyślonego przez inżynierów-miłośników SF jeszcze w latach 50., określająca ekstremalnie rzadki i posiadający niezwykłe właściwości hipotetycznie istniejący materiał, który z definicji jest rozwiązaniem każdego problemu konstrukcyjnego.

2009-12-20 19:52

Ogłoszenia parafialne

Trwają prace modernizacyjne…

…dlatego strona może nie posiadać aktualnie pełnej sprawności. Wraz z nowym rokiem ruszamy z większą aktywnością i nowymi pomysłami ^^

Tymczasem zapraszam do zagrania w grę ‘korporacyjny dzień świstaka’.

2009-12-15 0:01

20 studentów vs profesjonalni zarządzający

Złota zasada zarządzania brzmi: „każdego nawet najbardziej doświadczonego pracownika, da się zastąpić skończoną liczbą studentów“. Dopóki stosują ją szefowie firm, mówimy o „elastycznym rynku pracy“, ale co się stanie, gdy zaczniemy ją stosować w zarządzaniu inwestycjami? Czy zarządzającego funduszem inwestycyjnym może zastąpić 20 studentów?

Doświadczalnie postanowili sprawdzić to członkowie koła naukowego „Progress“ na Uniwersytecie Łódzkim. Zamierzają oni przeprowadzić ogólnopolską selekcję wśród studentów (startuje dziś), aby wyłonić 20 posiadających największą wiedzę o rynkach kapitałowych, a następnie dać im pieniądze do pomnażania. Fragment oficjalnego komunikatu opisuje to w ten sposób:

„15 Grudnia zostanie uruchomiona rekrutacja do Pierwszego w Polsce SFI działającego jak Studencki Fundusz Inwestycyjny. Jest to pierwszy z 3 etapów jaki będą musieli przejść studenci z całej Polski, aby móc inwestować na Giełdzie Papierów Wartościowych realnym kapitałem. Drugim etapem będzie Ogólnopolski test wiedzy z zakresu rynków kapitałowych, ostatnim natomiast rozmowa kwalifikacyjna. [...] Zostanie wybrana grupa 20 studentów, która otrzyma możliwość inwestowania na GPW kwotą min. 10 tys zł. Decyzje dotyczące inwestycji będą podejmowane na cotygodniowych spotkaniach, w trakcie 3 miesięcznej edycji SFI, większością 2/3 głosów.“

Kapitał, który będzie inwestowany jest własnością koła naukowego (i łącznie z potencjalnymi zyskami) pozostanie w tym „studenckim funduszu inwestycyjnym“ na czas kolejnych edycji konkursu. Dzięki temu przekonamy się czy w długiej perspektywie warto płacić kilkudziesięciotysięczne wynagrodzenia i kilkusettysięczne premie zarządzającym TFI, czy lepiej zaprząc do pracy 20 studentów, w zamian za „laptopy, telefony komórkowe, możliwość odbycia płatnych praktyk“.

TFI płacić jednak muszą, bo każde towarzystwo z mocy prawa ma obowiązek zatrudnić co najmniej dwóch licencjonowanych doradców inwestycyjnych (nie mylić z doradcami finansowymi…), aby móc w ogóle prowadzić działalność. Co więcej, doradcy inwestycyjni (oraz maklerzy z uprawnieniami do wykonywania czynności doradztwa inwestycyjnego) mają wyłączność na zarządzanie cudzym kapitałem. Powstaje zatem pytanie czy sama idea konkursu nie łamie prawa? Organizatorzy twierdzą, że prowadzą nadal w tej sprawie konsultacje z KNF, a opiekun całego przedsięwzięcia posiada licencję doradcy inwestycyjnego.

W Polsce jest to prawdopodobnie pierwsza taka inicjatywa. W Stanach w 2005 roku działało blisko 200 tego typu funduszy, z czego niektóre obracały kwotami liczonymi w milionach dolarów (np. Penn State Student Investment Fund). Poza aspektem edukacyjnym przedsięwzięcia tego typu są doskonałym miejscem do rekrutacji przyszłych zarządzających dla profesjonalnych instytucji finansowych. Dlatego nie dziwi, że w konkursie koła naukowego „Progress“ główną nagrodą jest pomoc w uzyskaniu licencji doradcy inwestycyjnego.

Konkurs trwa trzy miesiące. Warto mu się przyglądać chociażby z ciekawości, czy 20 wyselekcjonowanych studentów może pokonać profesjonalnych zarządzających oraz aby zobaczyć jak w praktyce sprawdza się demokratyczne zarządzenie funduszem (decyzje inwestycyjne podejmowane w głosowaniach).

Nieprzypadkowa wydaje się również data rozpoczęcia rekrutacji. Dzień później, czyli 16.12., startuje już IX edycja Gry Giełdowej dla Studentów „Parkietu“. Do udziału w obu konkursach zachęcam wszystkich posiadających jeszcze indeks!

2009-11-03 0:07

Inteligencja emocjonalna w biznesie

- Nauczymy się dzisiaj rozwijać naszą zdolność empatii, odczuwać rezonans emocjonalny i pogłębić samoświadomość – nie Drogi Czytelniku, nie jesteśmy na spotkaniu Hare Kriszna, ale na szkoleniu biznesowym…

Miałem wątpliwą przyjemność brać udział w półrocznych warsztatach, na których uczono mnie jak być “liderem” i rozwijać swoją „inteligencję emocjonalną“. Wrażenia? Niezmierzone pokłady wrażliwości, które w sobie odkryłem, każą mi współczuć każdemu kto za takie szkolenia zapłacił z własnej kieszeni. Natomiast moje poszukiwania inteligencji emocjonalnej zakończyły się sukcesem. Poszperałem, poczytałem i doszedłem do wniosków, do których dochodzi chyba każdy racjonalnie i umiarkowanie krytycznie nastawiony do świata człowiek: inteligencji emocjonalnej nie ma.

Samo pojęcie „inteligencja emocjonalna“ wyrosło na gruncie nowej fali amerykańskiej psychologii lat 80. Inteligencja emocjonalna wydaje się być odpowiedzią na ekskluzywne właściwości stosowanych w tamtym czasie na szeroką skalę testów inteligencji. Skutkiem powszechnych badań poziomu inteligencji za pomocą testów IQ stała się hierarchiczna stratyfikacja społeczna.

Ponieważ, inteligencja to jedyna rzecz, którą każdy człowiek uważa, że ma w wystarczającej ilości, pojawiła się duża grupa ludzi w swoim mniemaniu pokrzywdzonych z powodu uzyskania niskich lub przeciętnych wyników ilorazu inteligencji (tu pojawia się popyt). Stali się oni naturalnymi klientami naukowców takich jak Howard Gardner, który w swojej książce „Inteligencje wielorakie“ przedstawił siedem nowych rodzajów inteligencji (a tu podaż).

W ten sposób każdy mógł zaspokoić swoją potrzebę próżności przez uzyskanie wysokich not w przynajmniej jednym z nowych rodzajów „inteligencji“. Teoria ze względu na swoją innowacyjność trafiła na podatny grunt. Pojawiło się wielu „naukowców“ zainteresowanych rozwijaniem nowej „dziedziny wiedzy“, a zarazem budowaniem swojego dorobku w nowo powstałej gałęzi „nauki“. Jednym z nich był Daniel Goleman, który spopularyzował swoją „inteligencję emocjonalną“, a następnie „inteligencję społeczną“, które dotarły również do Polski.

Zasadnicza różnica pomiędzy tradycyjną inteligencją a inteligencją emocjonalną polega na różnicy w sposobie nabywania obu. O ile klasyczna inteligencja zależy głównie od naturalnych predyspozycji, a jej modyfikacja w ciągu życia niemalże nie zachodzi, o tyle inteligencja emocjonalna może być rozwijana w zasadzie bez ograniczeń. Jest to jeszcze jedna zasadnicza cecha inteligencji emocjonalnej, która ma spełniać rolę kompensacyjną dla osób posiadających niesatysfakcjonujący poziom IQ. Ponieważ inteligencji emocjonalnej można się nauczyć, nikt nie może czuć się wykluczony z grona osób potencjalnie wybitnych.

Czym zatem jest inteligencja emocjonalna? Prawdopodobnie nie jest inteligencją samą w sobie, a raczej zdolnością do uczenia się zasad interakcji interpersonalnych i społecznych. Premiuje zachowania ekstrawertyczne i konformistyczne. Wobec tego, że jest to umiejętność poznania i stosowania się do zasad panujących w danym społeczeństwie trudno mówić o uniwersalnej inteligencji emocjonalnej, ponieważ społeczeństwa w czasie i przestrzeni różnią się między sobą znacznie. Osoba o zdiagnozowanym wysokim poziomie inteligencji emocjonalnej żyjąca w dzisiejszych USA, w XI w. Japonii uważana byłaby w najlepszym przypadku za niezrównoważoną, a nawet za osobę socjopatyczną. Inaczej jest z inteligencją jako taką, która jako uniwersalna umiejętność przyswajania i wykorzystywania wiedzy oraz twórczego myślenia, zawsze przynosi korzyści.

Wiele kontrowersji przy definiowaniu zagadnienia nowych rodzajów inteligencji, w tym emocjonalnej, wzbudza metodologia badawcza, a raczej brak jej ugruntowania. Nie ma konsensusu co do obiektywnych narzędzi badawczych, które mogłyby przysłużyć się poznaniu rzekomego fenomenu inteligencji emocjonalnej. Większość testów i kwestionariuszy nie może być uznana za obiektywne, a wyniki takich badań nie poddają się falsyfikacji.

Czy zatem warto poświęcać czas i pieniądze na rozwijanie w sobie zdolności, które powinniśmy nabyć w zwykłym procesie socjalizacji? Być może takie szkolenia mają wartość terapeutyczną dla zabieganych managerów, albo są dobrym pretekstem do integracyjnego wyjazdu, ale czy podnoszą skuteczność w biznesie?

W następnej notce opiszę jak takie warsztaty z zakresu psychologii osobowości, szczególnie pod kątem mojej oceny użyteczności w biznesie, wyglądały w praktyce. Zapraszam do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach wszystkich, a szczególnie osoby związane jakoś z biznesem miękkich szkoleń biznesowych.

2009-03-23 12:58

Test 15 sekund

- Nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zdiagnozowani – powiedział psychoterapeuta do swojego kolegi po fachu. - To smutne i inspirujące zarazem – odparł tamten – tylu klien… tfu, pacjentów.

Psychologia osobowości, szlifowanie umiejętności miękkich, szkolenia z zakresu NLP - magia dzisiejszego świata biznesu, gdzie psychoszamani sprzedają swoją wiedzę tajemną kadrze managerskiej zatopionej w miłości własnej. Nowoczesny manager jeżdżący Land Roverem nie ma czasu na rodzinę, nie ma czasu na przyjaciół, bo musi spłacać kredyt za swojego Land Rovera. Tę lukę idealnie wypełniają mu wszelkiej maści trenerzy (kołcze), psychoanalitycy i specjaliści od zarządzania osobowością. Biorą za to godne pieniądze, ale dzięki temu nowoczesny manager zna swoją wartość.

„Najlepsi trenerzy zarabiają po kilka tysięcy złotych za jednodniowe szkolenie. Dolna stawka za godzinę treningu to ok. 60 zł. To pozwala zarobić nawet 10 tys. zł miesięcznie“ pisze „Gazeta Prawna“. Czy te szkolenia są tego warte? Nie będę przekonywał, że nie. Po prostu zachęcam do wybrania się na kurs, gdzie usłyszy się opowieści o sile pozytywnego myślenia, roli misji i inspirującego przywództwa w organizacji, czy mocy programowania neurolingwistycznego, które po weekendowym szkoleniu pozwoli ci zmusić każdego do wejścia pod stół i zaszczekania.

Bo czym jest owa magiczna wiedza przekazywana na takich spotkaniach? Dostajemy danie składające się z podstaw klasycznej psychologii wymieszanej z truizmami, przyprawionej banałami, polanej gęstym sosem kłamstw i pseudonauki podanych razem na talerzu w jakimś ekskluzywnym hotelu przez do bólu pewnego siebie i aroganckiego kelnera-trenera.

Kliknij, aby powiększyć i paść na kolana… (znalezione w mailowym katalogu “spam”)

Czy wg mnie cała ta szamańska hucpa nie jest funta kłaków warta? Wcale tak nie myślę, co wbrew domorosłym kołczom, którzy nie mogą teraz doczekać się końca tekstu, aby wygarnąć mi w komentarzach, jakim ignorantem jestem, zaraz udowodnię na przykładzie bardzo użytecznego testu 15 sekund.

Test ten sprawdza się np. w czasie rozmowy o pracę. Osobie, która chce zostać zatrudniona w naszej firmie należy na samym początku wyjaśnić, że test sprawdza percepcję chronometryczną i mierzy indywidualne postrzeganie czasu. Osoba przeprowadzająca test musi posiadać zegarek z sekundnikiem, osoba poddawana testowi nie może patrzeć na zegarek. Jej zadaniem jest określenie przez powiedzenie „stop“ 15 sekund od momentu kiedy osoba z zegarkiem rozpoczęła test wydając komendę „start“. Czym wynik bliższy 15 sekund tym lepszy. Wyniki do 13 sekund oznaczają osobowość „surykatki“, pomiędzy 14 a 16 normę, a od 16 sekund do nieskończoności - osobowość „misia koala“. Co oznaczają te profile osobowości? Nie wiem, jeszcze tego nie wymyśliłem… ale sam zarys testu wygląda przecież dość profesjonalnie… mogłoby się sprzedać…

Oczywiście prawidłową reakcją na faceta z zegarkiem, który mówi do ciebie „jesteś surykatką“ jest śmiech, podziękowanie za zmarnowany czas i wyjście z sali rekrutacyjnej. Taką właśnie osobę należy zatrudnić! Jest wtedy gwarancja, że w świecie, gdzie można nauczyć się „programowania innych“ osobnik zachował kontakt z rzeczywistością. Czego życzę wszystkim.

2008-08-07 23:33

Finansowi analfabeci

(UWAGA NA OCZY!) ZUS niedługo zbankrutuje przez kryzys finansowy, który przyjdzie do nas ze Stanów, gdzie wszyscy ludzie przestali nagle spłacać kredyty hipoteczne. Przyczyną kryzysu hipotecznego jest taniejący dolar, spadek poziomu życia w Stanach i nasilająca się emigracja z tego kraju.

Jedyną szansą, aby godnie żyć na starość jest oszczędzanie w III filarze. Najlepszą inwestycją jest długoterminowe lokowanie kapitału w fundusze inwestujące w państwach BRIC, lub oparte na polskim WIG-u 20. A co to jest WIG20? To indeks najbardziej zyskownych i posiadających najlepsze perspektywy spółek na warszawskiej giełdzie, który jest codziennie weryfikowany i korygowany o coraz lepsze spółki. Dobrym pomysłem jest też inwestowanie w fundusze oparte na surowcach. Dla przykładu: ropa niedawno kosztowała już 188 dolarów za baryłkę, a do końca roku na pewno będzie kosztować 200 dolarów.

Od inwestycji, ale nie tylko, każdy musi płacić podatek dochodowy, zwany też podatkiem Belki. Został on wprowadzony w 1989 roku przez ówczesnego prezesa Narodowego Banku Polskiego Marka Belkę. Wynosi on 19 proc. w pierwszym progu, a w drugim 32 proc. Płaci się go od wszystkiego - pensji pracowniczej, pracy zleconej, zysków przedsiębiorców, zysków z giełdy i lokat . . . Co to za bzdury? Nieliczne, z tych które usłyszałem od przedstawiciela “jednej z największych firm finansowych w Europie“.

_______________________________________________________________________

Wczoraj mój znajomy umówił się ze mną na spotkanie. Na spotkanie jednak nie przyszedł sam. Przyprowadził ze sobą przedstawiciela pewnej dużej europejskiej firmy z branży finansowej, pierwsza liga. Jak się potem okazało celem spotkania była rozmowa o „mojej finansowej przyszłości”. Ponieważ nie jestem zainteresowany III filarem obsługiwanym przez pośrednika, a wolę go sobie sam zbudować, pomyślałem, że rozmowa ta będzie dobrą okazją, aby przekonać się jakimi metodami, aby skusić klienta, posługują się przedstawiciele instytucji finansowych.

Postanowiłem więc, przynajmniej na początku rozmowy ograniczyć się jedynie do zadawania prostych pytań, nie wykraczających daleko poza pole zainteresowania przeciętnego klienta. Zaczęło się od prezentacji firmy, która jest „jedną z największych instytucji finansowych w Europie” z 11 milionami klientów, a jej prezes to człowiek sukcesu, który otrzymał niedawno tytuł człowieka roku. Na naiwne pytanie kto mu go przyznał, nie otrzymałem jednak odpowiedzi.

To co mnie mocno zirytowało to próby stosowania wobec mnie prymitywnej manipulacji. Zadano mi np. pytanie ile mógłbym miesięcznie przeznaczać na wpłaty do funduszu. Wskazałem pierwszą okrągłą kwotę jaka przyszła mi na myśl, czyli 1 000 zł miesięcznie. W reakcji otrzymałem wyrazy najgłębszego zdziwienia i zapewnienie, że z taką wartością wpłat, należałbym do najbardziej elitarnych klientów firmy… Pozory ekskluzywności próbowano stwarzać również później, gdy proponowano mi 8-letnią inwestycję w fundusz, gdzie kwota minimalnej wpłaty wynosiła 10 000 zł, jako ofertę „tylko dla wybranych”.

Inna manipulacja dotyczyła telefonu komórkowego. Przed rozpoczęciem rozmowy, agent zapytał, czy nie mam nic przeciwko temu, jeśli w czasie spotkania odbierze komórkę, bo czeka na ważny telefon od szefa. Gdy telefon faktycznie zadzwonił (dzwonek dźwiękowy oczywiście, po co używać wibracji?) w równo 30 min. od rozpoczęcia spotkania, przedstawiciel grzecznie mnie przeprosił i zapytał czy może odebrać. Nie odchodząc nigdzie, rzucił tylko do słuchawki „przepraszam szefie, nie mogę teraz rozmawiać, mam spotkanie z klientem, zadzwonię później”. Czy przez to, że spławił swojego szefa, „klient” miał się poczuć ważny? Czy był to faktycznie telefon, czy tylko ustawiony wcześniej budzik, tego nie dowiem się pewnie nigdy…

Więcej na temat manipulacji stosowanych przez pośredników finansowych można przeczytać tutaj:

Model Miltona – wybrane struktury lingwistyczne

Perswazja, NLP i meta model

Tymczasem, cała rozmowa przebiegała według schematu i za nic nie dało się przekonać agenta, aby przeszedł bezpośrednio do konkretów. Schematy, symulacje, retoryczne pytania, sugestie, roztaczanie wizji „złotych gór” – na wysłuchanie tego bełkotu straciłem około godziny.

Gdy w końcu przeszliśmy do konkretów zaczęło się najlepsze. Dowiedziałem się wielu, nowych ciekawych rzeczy, które wywróciły do góry nogami moją dotychczasową wizję rynków finansowych… Część z nich przytoczyłem już we wstępie. Usłyszałem też kilka złotych myśli, które przedstawiciel ubezpieczyciela w swej szczodrości postanowił mi zdradzić. Oto kilka z nich: „gdy na giełdzie spada, to się cieszę, bo mogę kupić jeszcze więcej jednostek uczestnictwa”, a gdy rośnie – zapytałem, „a to cieszę się jeszcze bardziej”. Dowiedziałem się, że w trakcie bessy „nie spada wartość twoich pieniędzy, tylko jednostek uczestnictwa, twoje pieniądze są bezpieczne” oraz, że „na giełdzie w długiej perspektywie tylko się zyskuje”. Ponadto otrzymałem ofertę wejścia w 8-letni produkt z gwarancją zwrotu całej wpłaconej kwoty w razie niepowodzenia inwestycji. „Nie ma żadnego ryzyka, nic nie możesz stracić” zapewniał. Gdy zapytałem – a co z inflacją, lekko zirytowany już agent odpowiedział „nie zajmujmy się teraz drobiazgami”…

Pan, który poświęcał mi swój cenny czas okazał się również ekspertem od bezpośrednich inwestycji rynkowych. Wymyślił nowy indeks giełdowy: TOP50, który ponoć publikuje GPW. Jednak wyjątkowo mocno zachwalał fundusz oparty na WIG20. Gdy zapytałem, czy zna jakieś spółki wchodzące w jego skład, powiedział, że nie da się ich wymienić, ponieważ „jego skład zmienia się zbyt dynamicznie”. Przy pytaniu, czy mają w ofercie fundusze oparte na rynku surowców energetycznych, stwierdził, że oczywiście mają, a ropa kosztowała niedawno 188 dolarów za baryłkę (faktyczny rekord wszech czasów to nieco ponad 148 dolarów za baryłkę), a do końca roku ropa „będzie kosztowała”(!) 200 dolarów za baryłkę.

Stwierdziłem, że się myli co do historycznej ceny ropy i mogę się z nim założyć w tym temacie o dowolną kwotę pieniędzy. Agent, który chwalił się wcześniej, że jest kierownikiem oddziału, twardo stał jednak przy swoim i postanowił podeprzeć się autorytetem swojego przełożonego. Wykonał więc telefon i przekazał mi słuchawkę. W rozmowie z „szefem szefa” postanowiłem przestać udawać zdezorientowanego klienta, który wierzy w każde słowo faceta w garniturze i powiedziałem wprost co sądzę o niekompetencji jego pracownika, od którego, jakby nie patrzeć, zależy los pieniędzy jego klientów. Oparłem się na przykładach z rozmowy, przytoczonych powyżej. – Każdy może się przejęzyczyć – usłyszałem. „Szef szefa” zaczął tłumaczyć swojego pracownika, sam stwierdził przy tym, że ropa już kosztowała(!) 200 dolarów za baryłkę. Na pytanie kiedy konkretnie, również nie uzyskałem odpowiedzi.

Po około 5-minutowej rozmowie telefonicznej usłyszałem: „rzadko zdarza się, że klient posiada tak bogatą wiedzą. Czy może chciałby pan u nas pracować?”… To się nazywa ekstremalna selekcja… Mój znajomy, który zaaranżował całe spotkanie, dostał od nich ofertę pracy, podając agentowi, którego przyprowadził, kanapkę w McDrive… Wcześniej dowiedziałem się, z zastrzeżeniem, że jest tak wszędzie, że aby zdobyć pracę w takiej firmie należy mieć maturę i zaświadczenie o niekaralności… Osoba, która przedstawiała mi ofertę firmy mogła pochwalić się wykształceniem prawniczym, rokiem stażu w firmie, 17 pracownikami pod sobą i … bogatą wiedzą z zakresu ekonomii i finansów ;)

Gdy „na do widzenia” wymieniliśmy się wizytówkami, agent przytomnie ostrzegł mnie, że jeśli zechcę napisać cokolwiek na temat naszej rozmowy używając jego danych osobowych, to pozwie mnie do sądu :) Zupełnie niepotrzebnie. Cała opisana sytuacja nie jest żadnym odstępstwem od normy. Tak wygląda poziom wiedzy przeciętnego agenta, przedstawiciela, doradcy finansowego, sprzedawcy usług finansowych w Polsce. Wynika to ze struktury zatrudnienia w takich firmach - pośrednikiem może być każdy!

Mam znajomych, którzy bawią się w doradców finansowych w najróżniejszych instytucjach (nie są to banki), a ich poziom wiedzy o finansach i inwestycjach jest żenująco niski. Najczęściej są to studenci w ten sposób dorabiający, a ich klienci w ten sposób tracący. Bo tak naprawdę, aby być na tym polu skutecznym nie trzeba mieć wiedzy, tylko tupet, pamięć do formułek i zdolności do manipulacji, czyli wszystko to co posiada dobry akwizytor.

2008-07-21 23:19

Stronnicze media? Zmień kanał

Problem stronniczości mediów we współczesnych systemach demokratycznych nie istnieje. Nie istnieje, nie dlatego, że media nie są stronnicze, tylko dlatego, że w nowoczesnych systemach demokratycznych takie zjawisko nie powinno być postrzegane w kategoriach problemu…

Pełny artykuł dostępny tutaj.

2008-07-02 23:33

Ubezpieczenia, rowery i Eureko

Kto z nas nie chciałby prowadzić firmy w branży, w której klienci z gotówką w zębach przyprowadzani są nam sznureczkiem do kasy, a o to żeby przychodzili regularnie, dba państwowa policja. Nie trzeba niczego produkować, ani niczym handlować. Wystarczy przyjmować wpłaty, zaksięgować zysk, a resztę wypłacić z powrotem niektórym klientom. Nic prostszego – wystarczy sprzedawać ubezpieczenia komunikacyjne.

W „Rzeczpospolitej“ ukazał się artykuł o planach Ministerstwa Zdrowia dotyczących ubezpieczeń dla rowerzystów. Zgodnie z informacjami, do których dokopali się dziennikarze „Rz“ rozważane jest wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczenia OC dla wszystkich rowerzystów. Ba, w tym momencie wzywam na pomoc Muzę Precyzji, dla wszystkich rowerów.

Jak wiadomo każdemu kierowcy, Polska to taki dziwny kraj, w którym ubezpieczenie komunikacyjne obejmuje konkretny pojazd, a nie konkretnego kierowcę. Mając dwa samochody, musimy przymusowo zaopatrzyć się w dwie polisy OC. Czy jeżeli w życie wejdzie obowiązek ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej dla rowerów, posiadacze kilku takich pojazdów, co nie jest przecież takie niezwykle, szczególnie na wsiach, będą musieli hurtowo nabywać ubezpieczenia OC? Wydaje się, że tak.

Odstępstwo od tej zasady mogłoby stać się argumentem za zniesieniem absurdalnego przypisania polisy do pojazdu. Jednak, jak wiadomo samochodów jest znaczenie więcej niż kierowców, a wiec pociągnęłoby to za sobą spadek zysków ubezpieczycieli. Ale czy tak silne lobby pozwoli sobie na tego rodzaju strzał w stopę, pytam retorycznie.

Skoro każdy rower musiałby posiadać takie indywidualne ubezpieczenie, trzeba byłoby pomyśleć o jakiejś ewidencji. Tablice rejestracyjne, numery seryjne, karty pojazdów, obowiązkowe badania techniczne, coroczne przeglądy? Czemu nie. A piesi, dorożki, ciągniki, kombajny, wozy zaprzęgowe, deskorolkowcy, osoby jeżdżące na rolkach, hulajnogi, segwaye, quady? Proponuję dołączyć do tego zbioru jeszcze pielgrzymki i procesje. Wszyscy poruszają się po drogach i stwarzają niebezpieczeństwo dla pozostałych uczestników ruchu drogowego (szczególnie pielgrzymki, jak wiadomo, chodzą tylko i koleiny robią ;), każdemu przymusowo po NW, OC, AC, a co!

Idąc tokiem rozumowania zwolenników nowego przymusu, „rowerzyści są sprawcami wielu wypadków, a bez ubezpieczenia nie można pokryć kosztów naprawy z polisy sprawcy“, w takim razie obowiązkowe ubezpieczenie OC powinny wykupić również wszystkie dziki, łosie i jelenie. O tablicach rejestracyjnych nie wspominając…

W Polsce wg szacunków GUSu mieszka 22 mln rowerzystów, zakładając że niektórzy mają więcej niż jeden rower, a średnia cena OC wynosi 15 zł, dojdziemy do wniosku, że taki rynek może być wart nawet 400 mln zł rocznie. Uwzględniając to, że potentatem na rynku dobrowolnych polis tego typu jest PZU, można dojść do wniosku, że rząd może sprezentować tej instytucji całkiem pokaźną, stałą pozycję w tabeli przychodów.

To jednak nie wszystkie słodkości jakie politycy sprezentowali ubezpieczycielom. Od 1 lipca tego roku rolnicy mają obowiązek ubezpieczania przynajmniej połowy swoich upraw przed „klęskami żywiołowymi“. Za brak takich ubezpieczeń przewidziane są niewielkie (przejściowo, po 2010 r. sankcje zostaną zaostrzone) kary pieniężne – 2 euro od hektara. Ubezpieczyciele twierdzą ponadto, że dla rolników ten obowiązek jest korzystny! Skoro jest taki korzystny, to dlaczego producenci rolni nie wykupywali masowo takich polis z własnej inicjatywy? Dodatkowo ubezpieczyciel ma prawo arbitralnie odmówić zawarcia polisy - no ba, jeśli faktycznie ktoś sieje na terenach zalewowych, to po co mu ubezpieczenie? Co więcej, są tylko 4 podmioty uprawnione do sprzedaży takich ubezpieczeń: niewielkie Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych „TUW” w Warszawie, Concordia Polska Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych w Poznaniu, MTU Moje Towarzystwo Ubezpieczeń w Sopocie i … PZU.

Jak widać rządzący dbają o stałe źródła przychodów dla największego polskiego ubezpieczyciela. A może traktują gwarancję większych zysków dla PZU, jako kartę przetargową w negocjacjach z Eureko, w zamian za korzystne medialnie rozstrzygnięcie sporu właścicielskiego? Teoria skrajnie spiskowa, ale…

2008-05-21 20:06

Tanie państwo, czy tani chwyt

Obserwując profesjonalizm polityków działających w ramach współczesnych demokracji można dojść do wniosku, że nie ma idei, której nie byliby w stanie skompromitować. Świeżym i zarazem jednym z boleśniejszych przykładów ideowego sabotażu jest koncepcja „taniego państwa”, którą zaczęto ośmieszać jeszcze za czasu rządów PiS-u. Teraz nadużywając przykładów rzekomych oszczędności, którymi szczyci się gabinet Tuska, krecią robotę kontynuuje Platforma Obywatelska. Jednak, jak bardzo obosieczną bronią może być szukanie groszowych oszczędności i sugerowanie marnotrawstwa poprzednich ekip, przekonał się premier przy okazji swojej „podróży życia”.

Media i opozycja przekształciły się w biura podróży, które skrupulatnie wyliczają premierowi każde peso pozostawione na kontynencie południowoamerykańskim. Niektórzy nawet oburzają się, że premier wraz z polską delegacją mieli czelność wyjść z hotelu – przecież w ten sposób narażali budżet na kolejne wydatki! Czy Polska zbankrutuje i stanie się drugą Argentyną? Bez paniki. 8,5 proc. wzrost gospodarczy i stopa bezrobocia poniżej 9 proc. na razie nam nie grozi ;) (dane dla Argentyny za 2007 r., źródło CIA). Za to święcie oburzona opozycja i niektórzy dziennikarze pytają, gdzie jest „tanie państwo” skoro kancelarię premiera stać na wysłanie rządowej delegacji na drugi koniec świata. Jak zwykle odpowiedzi szuka się nie tam, gdzie szukać się ich powinno.

Czy idea „taniego państwa” naprawdę sprowadza się do piania z zachwytu nad tym, że na zaprzysiężenie rząd przywieziony został autobusem, premier na spotkanie z prezydentem Stanów Zjednoczonych lata rejsowym samolotem, a kancelaria szefa rządu chwali się oszczędzonymi 20 tys. zł na orędziu telewizyjnym? Może warto zacząć oszczędzać na spinaczach w ministerstwach, a powierzchnię na plecach premiera przeznaczyć na cele reklamowe? Gdzie jest granica tego absurdu?

Dlaczego nikt z walczących o „tanie państwo” nie zauważa, że zasoby są marnotrawione gdzie indziej. Machina państwowa zajmuje się wszystkim: leczy, uczy, buduje, ubezpiecza, wydobywa, dożywia dzieci, produkuje, kontroluje, inwestuje, administruje, a we wszystkim jest mniej efektywna niż analogiczna działalność instytucji prywatnych. Tanie państwo to nie groszowe w skali kraju oszczędności, którymi chwalić się można przed kamerami, ale kompleksowa koncepcja efektywnej organizacji państwa.

O „tanim rządzie” mówił już w XVIII w. Adam Smith i nie chodziło mu bynajmniej o konieczność oszczędzania na wystawnych bankietach rządzących, czy ograniczeniu kosztów działalności parlamentu. Smith, jedna z najważniejszych postaci liberalizmu, do której to doktryny tak chętnie nawiązuje Platforma, uważał, że skoro rząd musi funkcjonować, to jego sfera zainteresowań powinna być jak najwęższa, ograniczona jedynie do kilku elementarnych funkcji (bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, sądownictwo, w uzasadnionych okolicznościach edukacja). Wchodzenie rządu w inne sfery aktywności jest dla Smitha marnotrawstwem pieniędzy podatników, ponieważ te same efekty mogłyby zostać uzyskane przez inicjatywę prywatną dużo szybciej, łatwiej i taniej.

Tanie państwo w rozumieniu klasycznych liberałów oznaczało organizację terytorialną, która z racjonalnych powodów, z pożytkiem dla obywateli i siebie samej, ogranicza swoją sferę zainteresowań do minimum. Dzięki temu państwo jest w stanie działać sprawnie, szybko i skutecznie, a co najważniejsze nie staje do nieuczciwej konkurencji z przedsiębiorcami. W ograniczaniu kosztów działalności państwa jeszcze dalej idą libertarianie. Ten skrajny odłam neoliberalizmu postuluje oddanie większości kompetencji państwa w ręce prywatne, co ograniczyłoby koszty funkcjonowania państwa do minimum. Doktryna myśli leseferystycznej jest bardzo bogata i rozbudowana, ale osadzona na wspólnych fundamentach wolności, własności prywatnej, praworządności i wolnego rynku.

Model państwa minimalnego, ultraminimalnego lub realna likwidacja państwa jako takiego i zastąpienie go systemem anarcho-kapitalistycznym, bazuje na dokładnie tych samych założeniach, z których wychodzili ojcowie liberalizmu klasycznego. Fundamentem dla wszystkich nurtów myśli wolnościowej jest przekonanie, że wolność i własność są niezbędnymi elementami dla istnienia wolnego rynku, który jest najlepszą formą wymiany i regulacji.

Czy to państwo minimalne, gdzie państwo jedynie broni swoich obywateli przed przemocą i gwarantuje poszanowanie prawa oraz umów, czy ultraminimalne gdzie jedynie utrzymuje monopol na używanie przemocy, czy też system w którym państwo zanika, a wszystkie stosunki regulowane są przez umowy pomiędzy wolnymi ludźmi, zawsze argumentacja pozostaje ta sama. Stosunek jakości usług do kosztów niezmiennie przemawia na korzyść inicjatywy prywatnej. Czym większe pole działania zostawia państwo jednostce, tym działanie państwa jest „tańsze”, a przez to jednostce pozostaje więcej zasobów, których pomnażaniem może się zająć, co odbywa się z obopólną korzyścią.

Abstrahując od skrajnych nurtów myśli politycznej, wydaje się, że najbardziej racjonalnymi działaniami, jakie mogłaby podjąć rządząca ekipa są, zgodnie z filozofią jaką rzekomo reprezentuje; zdecydowane ograniczanie obciążeń obywateli i podmiotów gospodarczych, wycofanie państwa z dziedzin w których nie jest niezbędne i co najważniejsze deregulacja legislacyjna sfer aktywności, w których państwo ma monopol, bądź prowadzi nieuczciwą konkurencję z kapitałem prywatnym.

W efekcie obniżenia kosztów działania przedsiębiorców, demonopolizacji i prywatyzacji państwowych sektorów gospodarki oraz liberalizacji prawnej, długofalowe korzyści z pewnością przeważyłyby nad kosztami. Jak to wygląda w praktyce widać na przykładzie Rosji, która nieśmiało ale konsekwentnie realizuje wolnorynkowe przemiany. Po reformie podatkowej 1998-2000 r., która zakładała uproszczenie, ujednolicenie i przede wszystkim generalne obniżenie obciążeń fiskalnych już w 2001 r. odnotowano z tego tytułu zwiększone wpływ do budżetu państwa.

Pomiędzy obniżaniem podatków, a zwiększaniem przez to wpływów do budżetu nie zachodzi logiczna sprzeczność. Obrazuje to teoria Laffera, który opracował model zależności pomiędzy stawką opodatkowania, a wpływami do budżetu państwa. Popularna i szeroko dyskutowana teoria tłumaczy sukces rosyjskiej reformy podatkowej.

Tymczasem, które rozwiązania z wachlarza pożądanych reform zamierza wprowadzić Platforma, nie wiadomo. W sferze podatków obiecywano wiele, lecz wiele się nie zmieniło. Podatek Belki nadal zniechęca do inwestowania i oszczędzania, a uproszczenie skali podatkowej przez wprowadzenie płaskiej stawki podatku to nadal tylko odległe plany. Reforma finansów państwa przygotowywana chyba w lochach Ministerstwa Finansów prędko raczej nie ujrzy światła dziennego, o czym świadczy rezygnacja prof. Gomułki z sygnowania własnym nazwiskiem tej legislacyjnej impotencji. Są szanse, że przyspieszy prywatyzacja spółek Skarbu Państwa, ale prawdopodobnie w samym środku cyklu spowolnienia gospodarczego i giełdowej bessy. A Poseł Palikot robi wszystko co może, aby pozbyć się członkostwa w Platformie i prawdopodobnie również przewodzenia komisji Przyjazne Państwo. Czy nawet on stracił już wiarę w cuda?

Pechowo dla ekipy Donalda Tuska nie wszystkie braki merytoryczne da się ukryć pod potokiem kwiecistych wynurzeń o miłości i zaufaniu oraz rozmyć odpowiedzialność dzięki uciekaniu się do tematów zastępczych. Pompatycznie reklamowany rząd profesjonalistów okazuje się powoli wielkim rozczarowaniem. Jednak to co najmocniej uderza, to powrót rządzących do wzorców wypracowanych przez gabinet Marcinkiewicza. Niestety Polską znów rządzi premier, którym rządzą specjaliści od wizerunku, a „tanie państwo” stało się tanim chwytem socjotechnicznym, kreującym fatamorganę sukcesów.

2008-05-12 23:16

24 karaty marketingu

Wydaje się, że gorączka złota, którą przechodziły rynki w ostatnich kwartałach powoli opada. Solidną korektę szalonego rajdu cen widać na wykresie, niewiele jednak zmieniło się w świadomości inwestorów – złoto uchodzi obecnie za jedno z najlepszych lekarstw na bessę. Klienci instytucji finansowych, którzy sparzyli się na giełdowej przecenie rozpoczętej w połowie zeszłego roku, zaczęli z dystansem podchodzić do papierów wartościowych i jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. W odpowiedzi zarządzający i doradcy polecali najczęściej lokaty, struktury i hit ostatnich miesięcy – złoto właśnie.

Jak zwykle w czasie kryzysu na rynkach giełdowych część kapitału wędruje na rynek metali szlachetnych, pompując ceny kruszców. W tej sytuacji analogicznie do giełdowej hossy, ryzyko wejścia na rynek na górce rośnie wraz ze zwiększaniem się dynamiki wzrostów cen. Osoby, które dały się namówić na lokatę kapitału z najtwardszą walutę świata, zachodzą obecnie w głowę, czy przeceny ostatnich dwóch miesięcy to tylko korekta kilkuletnich wzrostów, czy może początek odwrócenia trendu. Zdaniem przytłaczającej większości analityków zdecydowanie za wcześnie, by mówić o załamaniu złota. Czy zatem posiadacze złotych sztabek lokacyjnych, monet, biżuterii i pozycji L na platformach forexowych mogą spać spokojnie?

Wycenie złota pomagać może powszechnie spodziewana, dalsza eskalacja kryzysu subprime. W zasadzie posiadacze złota mogą przy ocenie ryzyka stosować maksymę „czym gorzej, tym lepiej”. Zakończenie kryzysu na rynku kredytów hipotecznych i wyjście amerykańskiej gospodarki z fazy recesji, może być jednak poważnym ciosem dla wartości złota. Co więcej, nawet przesłanki mówiące o mniejszej skali kryzysu niż zakładano, przy obecnych – nadal wysokich wycenach metalu, mogą mu poważnie zaszkodzić. Nadzieją dla posiadaczy złota zawsze pozostaje jednak inflacja, przed która tradycyjnie już inwestorzy bronią się, kupując złoto.

W tym kontekście warto obserwować w szczególności ceny ropy, które po pierwsze są mocno skorelowane z cenami złota, a po drugie są bardzo ważną pośrednią i bezpośrednią pozycją w koszykach inflacyjnych. Kontynuacja wzrostowego trendu na ropie jest obecnie dużo bardziej prawdopodobna niż w przypadku złota, a co za tym idzie można spodziewać sie, że w wypadku dalszych wzrostów cen czarnego złota, pociągną one za sobą ceny złota właściwego.

Paliwem rakietowym dla cen złota na przestrzeni wieku były zawsze zbrojne konflikty o zasięgu co najmniej regionalnym. Najpoważniejszym kandydatem do odgrywania roli takiego katalizatora nadal pozostaje Bliski Wschód. Inwazja amerykańska na Iran nie jest wcale tak mało prawdopodobna, jak zwykło się powszechnie uważać, szczególnie jeżeli wybory do Białego Domu wygra Hillary Clinton. Jakkolwiek pozostali kandydaci również nie gwarantują zerwania z doktryną eksportu demokracji.

O tym, jaka będzie zagraniczna polityka nowego przywódcy Stanów przekonamy się dopiero po wyborach, ponieważ nie warto jako wiążące traktować przedwyborczych, pacyfistycznych obietnic. Wystarczy przypomnieć tylko, że Bush Jr. przed objęciem urzędu prezydenta uważany był za polityka, którego kadencja oznaczać będzie powrót Stanów do tendencji izolacjonistycznych. Wycofanie się z regionu bliskowschodniego okazało się niemożliwe i nic nie wskazuje na to, żeby kolejnemu prezydentowi udało się wyciągnąć Stany z ruchomych, pustynnych piasków, w których ugrzęzły.

Wojna lub znaczące przesilenie polityczne odciśnie swoje piętno na złocie bezpośrednio, a także pośrednio przez ceny surowców energetycznych. W literaturze zwykło się uważać, że to złoto z reguły wyprzedza ceny innych towarów, jednak trwająca właśnie gorączka na rynkach paliw, burzy nieco ten obraz. Być może ceny ropy oderwały się już od fundamentów, jednak wciąż nie widać chęci sprawdzenia ich na niższe poziomy.

Mówiąc o złocie nie można, nie wspomnieć o najistotniejszej zmiennej – dolarze. Słaby dolar z jednej strony wzmacnia złoto, z drugiej zmniejsza zyski m.in. polskich inwestorów kupujących realne złoto. Takie transakcje rozliczane są w złotówkach, a czym silniejsza waluta względem dolara, tym mniejszy zysk z procentowego przyrostu wartości złota względem dolara.

Patrząc na złoto z tej perspektywy ostatni rok może wydawać się zaskakujący. W ciągu ostatnich 12 miesięcy na międzynarodowych rynkach złoto zyskało 31 proc. W tym samym czasie złotówka umocniła się do dolara aż o 27 proc. Oznacza to, że po uwzględnieniu różnic kursowych zarobiliśmy zaledwie 4 proc. – czyli tyle, ile wynosi obecnie średnioroczna inflacja! Warto o tym pamiętać, oglądając broszurki przyniesione przez akwizytora… tfu doradcę finansowego.

Na deser zamieszczam wykres obrazujący silną ostatnimi czasy korelację pomiędzy słabnącym dolarem i umacniającym się złotem - w tym wypadku, w odniesieniu do złotówki.

Podsumowując należy zauważyć, że złoto nie jest już tak atrakcyjną inwestycją jak jeszcze kilka lat temu. Perspektywy wzrostu mimo wszystkich wymienionych powyżej czynników nie są gwarantowane. Konkurencją dla złota są wysoko oprocentowane obligacje, lokaty i rachunki oszczędnościowe, które mimo relatywnie niskich stóp zwrotu, zapewniają pewną ochronę kapitału w trudnych czasach bessy. Ostatecznie dla złota największym zagrożeniem jest otrząśnięcie się inwestorów z traumy, jaką wywarły na nich ostatnie spadki, a w konsekwencji powrót długoterminowych wzrostów na rynki akcji.

Decydując się na inwestycję w złoto, ze względu na ostatnie rekordy cen i bardzo szeroki spread w obrocie towarowym, lepiej wybierać długookresowy horyzont inwestycyjny. Złoto pod tym względem jest specyficznym towarem, ponieważ daje gwarancję utrzymania wartości przez pokolenia - zapotrzebowanie na złoto istnieje od tysięcy lat i nie zanosi się na to, aby miało się to zmienić. Spekulując na rynku złota najlepiej korzystać z instrumentów pochodnych bazujących na wycenie metalu.

Nie warto za to dać się wciągnąć w owczy pęd i nieprzemyślane inwestycje, wynikające z mody lub marketingowych zabiegów instytucji oferujących “złote” produkty. Stopy zwrotu liczone w sektach procent, reklamy obiecujące złote góry, żenujące doniesienia prasowe o tym, że w punktach detalicznych brakuje złota na sprzedaż, wszystko to buduje atmosferę podobną do tej wokoło funduszy inwestycyjnych sprzed roku. Tłum kupuje złoto. Jak jednak pokazuje doświadczenie, większość nie zawsze ma rację.

2008-03-27 15:06

Najlepsza giełdowa inwestycja

Giełdowe powiedzenie mówi, że inwestycje dzielą się na dwa rodzaje: zyskowne i długoterminowe. O ile jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, mówiącej dużo zwłaszcza o psychice wielu giełdowych graczy, to myślę jednak, że na przekór autorowi tego sloganu, można znaleźć rodzaj inwestycji, która łączy w sobie te dwie cechy. Istnieją inwestycje, które są zawsze zyskowne, zawsze długoterminowe i najczęściej są to najlepsze inwestycje, jakie możemy zrobić. Inwestycje w inwestycyjną edukację.


Sukces na giełdzie zależy od pięciu czynników: wiedzy i umiejętności, doświadczenia, psychiki, dostępu do informacji i szczęścia. Dostęp do informacji, zgodnie z literą prawa, każdy powinien mieć jednakowy. Nawet, gdy tak nie jest, dążenie do zdobycia i wykorzystania poufnych danych może doprowadzić do spotkania ze smutnymi panami z KNF-u. Polityka w tym zakresie jest bardzo restrykcyjna i dlatego zasada „mniej wiesz, krócej siedzisz” obowiązuje. Trzeba pamiętać, że sam dostęp do informacji jest ważny, ale wszystko, co potem, odbywa się na nasze własne ryzyko. Kolejnym czynnikiem jest szczęście, które jak wiadomo sprzyja lepszym. Dlatego najlepszą strategią jest rozwijanie pierwszych trzech czynników, na które mamy największy wpływ.

Można oczywiście czytać książki, rozmawiać z ludźmi z bogatym doświadczeniem, grać w giełdowe symulatory, ale moim zdaniem nic tak nie rozwija inwestycyjnej inteligencji, jak sama praktyka. Nawet, jeśli nie posiadamy żadnej wiedzy i doświadczenia, to jest to najszybszy i najskuteczniejszy sposób, żeby je zdobyć. Otworzenie rzeczywistego rachunku maklerskiego i wpłacenie na niego nawet symbolicznej kwoty, którą będziemy następnie obracać, to najlepszy sposób na skosztowanie giełdowego życia. To też najlepszy sposób, na znalezienie motywacji, do tego by uczyć się coraz więcej.

Dawno temu, gdy rynek giełdowy w Polsce dopiero raczkował, a ja byłem uczniem szkoły podstawowej, mój ojciec postanowił otworzyć dla mnie rachunek maklerski i wpłacić na niego niewielką kwotę pieniędzy. Nie znałem wtedy nawet takich pojęć jak hossa i bessa, nie wiedziałem, od czego zależą wyceny spółek, które codziennie śledziłem w gazetach i obserwowałem w telewizyjnej telegazecie. Był to czas wysokich prowizji giełdowych i opłat za prowadzenie rachunku, utrudnionego dostępu do jakichkolwiek informacji, zleceń składanych telefonicznie, lub osobiście i kilkusetmetrowych kolejek w zapisach na największe państwowe firmy prywatyzowane przez giełdę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mimo iż po drodze udało mi się, jak wielu innym zbankrutować, była to najlepsza finansowa lekcja, jaką w życiu dostałem.

Gdybym wtedy nie zainteresował się giełdą, nie byłoby mnie dziś tu gdzie jestem. Wiedza, którą można samemu zdobyć w formie praktycznej gry giełdowej, jest o wiele cenniejsza, niż to co można wyczytać w książkach i usłyszeć od znajomych. Takiej wiedzy, co dziwne nie przekazują w żadnej szkole na poziomie podstawowym, czy średnim. Z punktu widzenia nowoczesnej gospodarki, wydaje się kuriozalne, że edukacja szkolna skupia się na nauce o budowie pantofelka, właściwościach peptydów, czy pieśniach cerkiewnych, a nie daje nawet podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu rynków finansowych. Rynków, które mają daleko większy wpływ na życie przysłowiowego Kowalskiego, niż większość procesów, o których uczy się w szkołach.

Skoro szkoły nie dbają o tak elementarną wiedzę, odpowiedzialność za finansową edukację dzieci spoczywa na barkach rodziców. Czym wcześniej rozpocznie się ta edukacja, tym lepiej. Gdy sam będę ojcem, na pewno zrobię to samo, co ponad 10 lat temu zrobił mój ojciec. W dzisiejszych czasach taka praktyczna nauka, dla niepełnoletniej osoby, która sama nie może posiadać rachunku maklerskiego, jest dużo prostsza. Dziś zlecenia składać można przez internet - kiedyś było to niemożliwe, a przekonanie maklera, by przyjął zlecenie od kilkunastoletniego dziecka było bardzo trudne ; )

Dlatego zachęcam Państwa do inwestowania w wiedzę, umiejętności, doświadczenie i szlifowanie charakteru, zarówno własnego jak i swoich podopiecznych. Jest to najlepsza inwestycja, jaką można zrobić, ponieważ nie wiąże się z żadnym ryzykiem, a zyski z niej będą procentować przez całe życie. Taka lekcja kosztuje, tyle ile zaczynając naszą przygodę z giełdą wpłacimy na rachunek. Powinna być to kwota, którą możemy stracić, a zarazem, której stratę odczujemy. Oczywiście stracić na giełdzie wszystko jest bardzo trudno i kosztuje to wiele wysiłku, ale jest możliwe. Jednak dzięki tej nauce na błędach, w przyszłości unikanie błędnych decyzji inwestycyjnych będzie dużo prostsze.

2008-03-24 22:56

Śmierć martwych prezydentów?

Amerykański dolar nieustannie się osłabia i końca tego trendu nie widać. Pojawiają się opinie, mówiące o nadejściu nowej ery, w której amerykańska waluta musi oddać dominującą pozycję, a przynajmniej podzielić się nią z euro, co świadczyć ma o schyłku jednobiegunowej gospodarki światowej. Trudno nie zgodzić się z opiniami, że to co obecnie dzieje się na rynkach walutowych może być przełomowym wydarzeniem w najnowszych ekonomicznych dziejach świata, a historia pisana jest na naszych oczach. Pytania, jakie stawiają sobie obecnie wszyscy, to jakie konsekwencje będzie to miało dla przyszłego ładu gospodarczego w skali globalnej i jakie miejsce w międzynarodowym obrocie walutowym zajmie amerykańska waluta.

O ile trudno, bez uciekania się do pisania alternatywnych scenariuszy, prognozować zmiany, jakie zajść mogą w perspektywie kilkuletniej w skali globalnej, to można jednak ocenić obecnie panujące trendy i ich wpływ na sytuację naszych portfeli.

Na horyzoncie nie widać obecnie czynników, które mogłyby w znacznym stopniu wpłynąć na umocnienie się dolara. Rada Rezerwy Federalnej z przewodniczącym Bernanke udowodniła już niejednokrotnie, że nie zawaha się ciąć stóp, nawet za cenę podsycania inflacji i osłabiania kursu dolara. Należy zadać sobie pytanie, na ile jest to świadoma polityka i czy osłabianie wartości amerykańskiej waluty nie jest zabiegiem celowym. Winą za kryzys wartości dolara Fed do spółki powinien podzielić się z komercyjnymi bankami, których rozwiązła polityka kredytowa doprowadziła swego czasu do pewnego rodzaju nadpłynności w systemie. Presja na zyski sektora bankowego zmuszała banki do udzielania coraz większej ilości kredytów, nawet dla klientów o marnej reputacji. W rezultacie dolary w postaci łatwo dostępnych kredytów zalały amerykański rynek, również nieruchomości. Obecnie dla ratowania sytuacji obniża się stopy procentowe, co w sposób oczywisty prowadzi do dalszego zwiększenia podaży taniego pieniądza, a w konsekwencji dalszego spadku jego wartości.

Siła dolara w dużym stopniu zależeć będzie od tego, kto wygra jesienne wybory do Białego Domu. Być może czeka nas kolejna wojna na Bliskim Wschodzie, tym razem przeciwko Iranowi. Gdy przyjrzymy się historycznym wykresom amerykańskiej dynamiki inflacji, okaże się, że na przestrzeni ostatnich dwustu lat jej szczyty w zadziwiająco zgodny sposób pokrywają się z wojnami, w których udział brali „amerykańscy chłopcy”. Co prawda wojna pociąga za sobą koszta i napędza inflację, ale jest też zarazem świetnym impulsem dla amerykańskiej ekonomii, który może reanimować gospodarkę. W związku z tym bacznie należy się przyglądać irańskiej polityce handlowej, w szczególności pomysłom odejścia od rozliczania transakcji na rynku ropy naftowej w dolarach i przejściu na rozliczenia w euro. Tak śmiały krok, niemal na pewno sprowokowałby amerykański atak na Allachowi ducha winnych Irańczyków. Zmiana waluty, w której przyjmowane są zapłaty za czarne złoto, to obecnie dużo groźniejsza broń przeciwko Stanom, niż potencjalna irańska bomba atomowa. O tym jak ważna dla Amerykanów jest to kwestia, przekonał się już Saddam Husajn, który zdradę dolara przypłacił życiem.

Z punktu widzenia rodzimego rynku, dalsza deprecjacja dolara w najbliższym czasie wydaje się przesądzona. Możliwe, że w wyniku przewartościowania złotego i niedoceniania wartości “zielonego”, czeka nas korekta, jednak nie powinna stać się ona początkiem odwrócenia trendu osłabiania dolara względem złotówki. Prognozy takie wydaje się potwierdzać NBP, który niedawno zapowiedział, że zamierza przyspieszyć redukcję dolarowych rezerw dewizowych. Kilkuletnią tendencję wyraźnie widać na wykresie pary walutowej dolar/złoty. Realnym jest scenariusz, w którym jadąc na wycieczkę do USA, jeszcze w te wakacje będziemy wymieniać nasze waluty w stosunku 1:2.

Ważną przesłanką przemawiającą za dalszym osłabieniem się dolara względem złotego, jest szczególna sytuacja, w której Polska się obecnie znajduje. Spełnienie kryteriów konwergencji wydaje się być priorytetem rządu i RPP na najbliższe lata. Walka z inflacją wymagać będzie dalszego podwyższania stóp procentowych, co bezpośrednio przekłada się na umocnienie złotego. Poziom inwestycji zagranicznych nadal utrzymuje się na wysokim poziomie i nic nie wskazuje na to, że tendencja ta miałby w ciągu następnych kilku lat ulec zmianie. Spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego na tle gospodarki amerykańskiej, która weszła już w fazę recesji, będzie raczej relatywnie niskie. Obecnie brak racjonalnych obaw o spowolnienie dynamiki wzrostu PKB poniżej poziomu 5 proc. w tym roku. Wszystko to w przeciągu najbliższych lat składa się na obraz silnego złotego względem dolara.

To, że dolar jest już dziś tani, po prostu widać. Przeglądanie dowolnego serwisu aukcyjnego uzmysławia, że jesteśmy już niemal zalewani przez, nieco żartobliwie mówiąc, „tani import z USA”. Kto może korzysta z sytuacji i kupuje sprzęt elektroniczny, samochody i wyroby wysoko-przetworzone zza Oceanu, ponieważ jeszcze nigdy nie były one w tak atrakcyjnych cenach. Obserwuję to chociażby na rynku używanych motocykli. Gdy jeszcze dwa lata temu przeglądałem oferty sprzedaży, większość sprowadzanych maszyn stanowiły motocykle z Niemiec i Wielkiej Brytanii. Dziś lwia część ofert to 2, lub 3 letnie maszyny, które do niedawna pędziły po amerykańskich szosach. Podobnie sytuacja wygląda na szerszym rynku motoryzacyjnym. Jeszcze nigdy nie widziałem we Wrocławiu tylu, co teraz Chrysler’ów.

Amerykański kryzys hipoteczny i słaby dolar to doskonała okazja do inwestycji na tamtejszym rynku nieruchomości. Jeśli ktoś posiada wystarczające środki, może pokusić się o poszperanie w tamtejszych ofertach z rynku wtórnego, lub wzięcie udziału, w którejś z licytacji domów, z nieuregulowaną hipoteką. To inwestycja na lata, jednak może okazać się bardzo zyskowna szczególnie, że obecnie dużo łatwiej trafić na prawdziwe okazje. Na spekulacji, na rynku nieruchomości w Stanach zbudowano niejedną fortunę, za przykład posłużyć może znany pisarz i inwestor Robert Kiyosaki.

Tymczasem, „pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone” powiedzieliby zgodnie prezydenci z amerykańskich banknotów, gdyby tylko mówić mogli. Mimo niepokojących sygnałów z rynków finansowych, za wcześnie jest na ogłaszanie ostatecznego pogrzebu dolara. To wciąż waluta, w której realizowanych jest najwięcej transakcji na rynku międzynarodowym. To wciąż waluta, która zalega w skarbcach większości państw świata. Choć amerykańska gospodarka znajduje się obecnie w fazie kryzysu, wcale nie musi oznaczać to końca jej dominacji na świecie. Jeszcze nie teraz i żadne sztuczki, i kreatywna statystyka mówiące o wyprzedzeniu Stanów przez połączone europejskie gospodarki tego nie zmieni. Stany wciąż pozostają największą światową gospodarką, której dość liberalne regulacje (jak na dzisiejsze czasy) i niezmiennie wysoka akceptacja społeczna dla głębokich reform, pozwalają widzieć światełko w tunelu kryzysu.

Analitycy rynku walutowego zastanawiają się jednak, czy odbicie się od dna Stanów, przywróci czasy silnego dolara. Czy przypadkiem Amerykanie nie „oszukali” świata kupując przez lata wszystko za papierki, które nie są obecnie wiele warte, doprowadzając do sytuacji, w której większość dolarów już dawno znajduje się poza granicami Stanów? Oznaczałoby to, że po dolarze płakać będą najmniej akurat sami Amerykanie. Pesymiści mówią, że śmierć dolara jest kwestią czasu, a następcą tronu stać ma się wspólna waluta Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku. Amero.

2008-03-16 13:47

Brawo! Kolejne zakazy

Minister Infrastruktury pan Aleksander Grad wpadł na pomysł wprowadzenia ograniczeń w możliwości uzyskania prawa jazdy kategorii A dla osób przed 24 rokiem życia. Powodem jest rzekoma korelacja lekkomyślności z wiekiem delikwenta. Jako motocyklista, osoba rozumiejąca troskę państwa o swoją własność (czyt. obywateli), zwolennik zakazów i państwa opresyjnego, nie mam innej możliwości jak tylko przyklasnąć temu pomysłowi.

Co prawda dziecko w wieku 18 lat nadal będzie miało pełne prawo do czynności cywilno-prawnych, będzie podlegało obowiązkowi służby w Wojsku Polskim, będzie mogło rozbijać się tuningowanym 14-letnim Golfem z podtlenkiem rzepaku, założyć rodzinę i wesoło chędożyć, by potem z błogosławieństwem pana Giertycha otrzymać becikowe i móc zagłosować na PO. Ale na szczęście za kierownicą nawet Komarka, więcej nie usiądzie.

Nie od dziś przecież wiadomo, że umiejętność jazdy na motocyklu nabywa się wraz z przekroczeniem magicznej granicy 24 lat. Pan minister z pewnością jest już wielokrotnie starszy, dlatego chętnie zobaczę go w akcji, jak sobie radzi z opanowaniem Hayabusy, bądź jakiegoś skromniutkiego „litra”. Obawiam się jednak, że autorom nowego ograniczenia „litr” z motocyklami kojarzy się akurat w ostatniej kolejności…

Nie jest nowością, że w wielu kręgach, czym mniej na dany temat się wie, tym chętniej zabiera się w danej kwestii głos. Wygląda na to, że pan Grad uległ właśnie takiej tendencji. Pan minister zapewne wierzy, że jeśli pierwszy kontakt z maszyną rozpędzającą się do 100 km/h w mniej niż 3 sek. nastąpi w 6 lat po otrzymaniu dowodu osobistego, to w cudowny sposób kierowca taki będzie posiadał już wszystkie umiejętności niezbędne do bezpiecznej jazdy.

Nie chciałbym się stawiać w roli eksperta, ani broń Boże, otwarcie twierdzić, że pomysł ministra jest poroniony, ale warto zwrócić uwagę na garść faktów, które być może umknęły uwadze fachowców z resortu.

Po pierwsze, rozpoczęcie nauki jazdy motocyklem w wieku 24 lat ma się nijak do poziomu bezpieczeństwa na drogach. Liczy się doświadczenie oraz zdolności motoryczne, które w tym wieku mogą być już zdecydowanie gorsze niż jeszcze kilka lat wcześniej. Predyspozycje psychologiczne są różne dla różnych ludzi. Niektórzy mogliby jeździć bezpiecznie już w wieku 16 lat, a inni zabiją się na pierwszej prostej mimo 30 na karku.

Po drugie, wiele osób będzie jeździło bez uprawnień. W razie kontroli policyjnej, część z nich na pewno będzie uciekała. Gdy ma się dwukrotnie lepsze przyspieszenie niż radiowóz, to pokusa jest wielka. Jak wiele takich ucieczek kończy się tragicznie, chyba nie muszę dodawać…?

Po trzecie, jakim prawem wszystkich obywateli poniżej 24 roku życia traktuje się tak samo, czyli jak potencjalnych drogowych samobójców? Pobudka! Ludzie nie są tacy sami, ale ministerialna miara tego nie uwzględnia. Najłatwiej jest postawić zakaz, to przecież nic nie kosztuje, a rozwiązuje problem. Szkoda tylko, że stwarza kilka kolejnych.

Takim samym uzasadnieniem, można by przeforsować ograniczenia wyborcze dla osób poniżej 24 roku życia. Już wyobrażam sobie Jarosława Kaczyńskiego, ledwo widocznego zza mównicy, który mówi o pijanych erotomanach, którymi najczęściej są ludzie młodzi i którzy nie mogą mieć wpływu na tak poważne sprawy, jak wybieranie władz ustawodawczych.

Wracając do motocykli, pójdźmy o krok dalej. Wg statystyk najczęstszymi sprawcami wypadków z udziałem jednośladów są mężczyźni, dlatego należy zabronić im kierowania tymi pojazdami. Dożywotnio, lub do czasu zmiany płci. W wypadkach najczęściej biorą udział motocykle w kolorach czerwonym, niebieskim i czarnym, dlatego prowadzenie takich pojazdów będzie możliwe dopiero po zdaniu dodatkowego państwowego, płatnego egzaminu. Najwięcej wypadków z udziałem motocyklistów ma miejsce w miastach, dlatego miasta powinny stać się strefami wolnymi od tych wytworów szatana. Właściwie, po co się rozdrabniać, zdelegalizujmy motocykle, ileż istnień ludzkich to uratuje.

Statystyką da się wszystko uzasadnić. Również to, że największa ilość śmiertelnych wypadków motocyklowych dotyka ludzi w przedziale 18-24 lat. Tylko, czy ktokolwiek pomyślał, o tym, że ta grupa wiekowa wśród motocyklistów jest również najliczniejsza?

Coś, co w zamyśle ministra ma chronić młodych ludzi, tak naprawdę będzie dla nich tylko kolejną przeszkodą na drodze. Kierowcy bez uprawnień, będą przykładać większą uwagę do obserwacji pobocza, gdzie mogą kryć się policyjne patrole, niż drogi.

Cała nadzieja w kochanej Unii Europejskiej, która ma na sztandarach wypisany zakaz dyskryminacji kogokolwiek ze względu na cokolwiek. W tym wypadku mamy do czynienia z dyskryminacją ze względu na wiek. Być może już niedługo młodzi motocykliści dołączą do homoseksualistów, ekologów i Eskimosów, z dyskryminacją których Unia dzielnie walczy. Przy okazji może uda się wywalczyć dopłaty bezpośrednie do zakupu części eksploatacyjnych i zwrot akcyzy na wysokooktanowe paliwo. Wszystko oczywiście za pieniądze ze składek kierowców „puszek”. Niech żyje moto-socjalizm!

2008-03-14 0:41

Tak się robi historię

Traktat Lizboński zostanie ratyfikowany przez wszystkie 27 państw Wspólnot Europejskich, w tym przez Polskę i nic tego nie zmieni. Ani dyskusje o referendum, ani pomysły posłów PiS, ani nawet odwlekanie ratyfikacji przez Prezydenta nie zatrzyma procesu tworzenia Unii Europejskiej. Coś, co nie udało się Napoleonowi, Hitlerowi, ani Stalinowi uda się kaście biurokratów i polityków. Podpisanie Traktatu będzie przedostatnim krokiem do zjednoczenia Europy w jednym organizmie państwowym.

Proces zjednoczenia państw kontynentu europejskiego wielokrotnie w historii kończył się niepowodzeniem. Dziś, ojcowie nowej idei unifikacji narodów Europy, stoją na progu sukcesu. Kluczem do niego okazała się idea zastąpienia miecza pieniędzmi. Pierwszy raz w historii proces ewolucji strukturalnej zapoczątkowany od stworzenia strefy wolnego handlu, przez unię celną, wspólny rynek i unię monetarną, a w końcu unię gospodarczą, skończyć ma się powstaniem unii politycznej. Byłby to ostatni etap integracji i zarazem pierwszy w historii świata taki model narodzin nowego organizmu państwowego.

Ze środków masowego przekazu bombardowani jesteśmy informacjami na temat tego jak blisko ratyfikacji traktatu jesteśmy i jakie to wspaniałe wydarzenie. Nikt jednak nie poddaje w wątpliwość sensu podpisywania tego dokumentu. Celem ma być „dalsza integracja”, tylko brakuje refleksji, po co i jakie niesie ona ze sobą korzyści dla Polaków? Korzyści niestety nie ma licznych. Koszta za to są ogromne. Wspólnota stworzyła już wspólny rynek, osiągnięto zniesienie wszelkiego rodzaju barier na granicach (granice istnieją i proszę nie dać sobie wmówić, że „granice zniesiono”) i konsekwentnie rozszerzana jest unia monetarna. Dalsza integracja to po prostu przekazanie kompetencji prawodawczych i mandatu do reprezentacji na arenie międzynarodowej w obce ręce.

Jednym z podstawowych haseł Traktatu Lizbońskiego jest postulat zwiększanie stopnia demokratyzacji. W takim razie, dlaczego wszystkie państwa Wspólnoty, jak ognia unikają organizacji wiążących referendów w sprawie ratyfikacji tej umowy międzynarodowej? Jedynym państwem, w którym odbędzie się referendum będzie Irlandia, ale to tylko dlatego, że takie wymogi stawia konstytucja tego państwa. Politycy nauczeni przykładem klęski Konstytucji Europejskiej, postanowili więcej nie powtórzyć tego błędu i nie pozwolić na podjęcie decyzji obywatelom w referendum powszechnym. Pojawia się dylemat. Skoro okrojona eurokonstytucja jest korzystna dla mieszkańców Wspólnoty, to dlaczego nie mogą oni zaakceptować jej w drodze głosowania? A jeśli byłaby niekorzystna, to dlaczego wszyscy politycy (którzy ponoć reprezentują nasze interesy) jak jeden mąż, starają się na wyścigi ją ratyfikować?

Tak naprawdę odbywający się teraz w całej Europie cyrk z referendami, których nie ma, to zamach na demokrację i podeptanie głównych ideałów zapisanych na papierze Traktatu. Wprowadzana tylnymi drzwiami minikonstytucja nie jest potrzebna nikomu w Europie poza urzędnikami, politykami i ofiarami medialnej propagandy.

Wraz z ratyfikacją przez wszystkich sygnatariuszy Traktatu Lizbońskiego, wszystkie państwa-strony, w tym Polska, stracą swoją suwerenność. Można okłamywać społeczeństwo, że tak nie jest, a nawet w to wierzyć, ale nie zmieni to faktów. Zostanie ona przekazana na szczebel ponadnarodowy w ręce Parlamentu Europejskiego. Z czasem zmieniony zostanie system głosowania w tymże. Traktat reformujący zmienia również zasady kierowania Unią Europejską. Na jej czele stać będę rotacyjnie, nie jak obecnie poszczególne państwa, ale 3 państwa jednocześnie. Od czasu jego wejścia w życie ustanowiony zostanie Przewodniczący Rady Europejskiej o 2,5 letniej kadencji, który będzie reprezentował kraje (chciałoby się napisać „prowincje”) członkowskie wobec państw trzecich. Obok niego funkcjonować będzie wysoki przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa.

Unia w końcu zyska osobowość prawną, co ostatecznie usunie wątpliwości w takich kwestiach, jak chociażby prawna definicja „obywatelstwa Unii”. Mimo to nowy twór nie będzie posiadał (na razie!) atrybutów państwowości, takich jak flaga, czy hymn. Są to jednak tylko ozdobniki, których znaczenie z punktu widzenia praktycznego jest marginalne. Najistotniejszym postanowieniem traktatów będzie potwierdzona wyższość w hierarchii prawnej aktów europejskich, nad prawem krajowym.

W Europie od dawna ścierały się dwie koncepcje integracji. Europa Regionów i Europa Narodów. Obecnie zwycięża pomysł rozczłonkowania państw europejskich na regiony, których znaczenie w polityce unijnej byłoby akcentowane mocniej, niż idea podkreślania różnic narodowych. Taka polityka korzystna będzie dla krajów dużych liczebnie, o ekspansywnej kulturze i gospodarce. W dłuższej perspektywie prowadzić ma do zatarcia różnic narodowych i wykreowania narodu europejskiego. W praktyce politycznej doktryna Europy Regionów nie jest niczym innym, jak wcielaniem w życie starożytnej maksymy „dziel i rządź”.

Traktat, pierwszy raz w historii europejskich aktów prawnych, zawiera zapis o możliwości wystąpienia ze wspólnoty przez państwo członkowskie. Podobny zapis zawierała Konstytucja Związku Sowieckich Republik Radzieckich. Analogia z Konstytucją ZSRR nie jest przypadkowa. Przepis daje prawo wystąpienia ze wspólnoty, ale odwołuje się do przepisów wykonawczych, których nie ma i nic nie wskazuje na to, żeby kiedykolwiek miały powstać.

Dużo ciekawsze rzeczy, z punktu widzenia europejskiej gospodarki, niż Traktat zawiera Karta Praw Podstawowych. Artykuł 17 stanowi, iż „nikt nie może być pozbawiony swego mienia…”, lecz dodaje: „chyba, że w interesie publicznym”. Ciarki przechodzą po plecach na samą myśl o tym, jak ciekawe interpretacje pojęć takich jak „interes publiczny”, „za uczciwym odszkodowaniem” i „wypłaconym we właściwym terminie” może stosować socjalistyczna Rada Europejska. Dalsze zapisy artykułu 17 nie pozostawiają złudzeń: „Korzystanie z własności może podlegać regulacji ustawowej, jeśli jest to konieczne ze względu na interes ogólny”. Wyrazić należy podziw dla inspiracji, już nawet nie socjalistycznych, a komunistycznych.

Artykuł 23 stanowi: „należy zapewnić równość mężczyzn i kobiet we wszystkich dziedzinach, w tym w sprawach zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia.” Pragnę zwrócić uwagę, że nie chodzi tu tylko o akceptowanie parytetów płci, ale głównie ich tworzenie! Ideologiczne skrzywienie na lewo europejskich prawodawców, nie pozostawia złudzeń. Centralne sterowanie, tworzenie ograniczeń i nakazów sprzecznych z logiką i wolnym rynkiem, to największe grzechy socjalistów na europejskich salonach.

Prawa pracowników stanowią istotny element Karty. Nie jest zaskoczeniem, że przywileje pracownicze dominują nad przywilejami pracodawców. Obok zapisów o prawie pracowników do strajków, dostępu do informacji o sytuacji firmy, ochronie medycznej i prawie do szeroko rozumianej godności, Karta zawiera pojęcie „nieuzasadnionego zwolnienia z pracy”. Z punktu widzenia pracownika, zapewne każde zwolnienie będzie „nieuzasadnione”. Nie mam wątpliwości, po której stronie i w tej kwestii stać będzie prawo unijne. Doprowadzić to może do nasilenia zjawiska widocznego już dziś – pracodawca boi się zatrudnić kogokolwiek na umowę o pracę, bo wie że pracownik staje się wtedy niemal nietykalny.

Punkt 3 artykułu 34 brzmi: „W celu zwalczania wyłączenia społecznego i ubóstwa Unia uznaje i szanuje prawo do pomocy społecznej i mieszkaniowej dla zapewnienia, zgodnie z zasadami ustanowionymi w prawie wspólnotowym oraz ustawodawstwach i praktykach krajowych, godnej egzystencji wszystkim osobom pozbawionym wystarczających środków.” Zwracam uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze kolejność wymienionych aktów prawnych. Ustawodawstwo unijne również w zapisach Karty uznawane jest za wiążące w pierwszej kolejności. Po drugie, zarówno ten jak i poprzednie zapisy, z całą mocą podkreślają socjalny charakter Unii Europejskiej, która z „najbardziej konkurencyjnej gospodarki świata do roku 2010” (element Strategii Lizbońskiej z 2000 r.), staje się powoli fundacją charytatywną typu non profit.

Czytelnik mógłby zapytać skąd ta zawzięta krytyka praw, które przecież są korzystne dla rzeszy Europejczyków. Diagnoza jest prosta. Aby komuś coś dać, komuś innemu należy to odebrać. Sam proces „odbierania” i „dawania” kosztuje. Kosztuje tyle ile wynosi utrzymanie całej tej biurokratycznej machiny (pomijam aspekt moralny i skutki rynkowe podatków i zabezpieczeń socjalnych, konkluzję ograniczając jedynie do efektywności takiego systemu). Są to pieniądze spożytkowane bezproduktywnie, bo jaka jest wartość dodana, w procesie przekładania pieniędzy z kieszeni Hansa, do kieszeni Johna? Obawiam się więc, że socjalny charakter wspólnoty nie wynika wcale z ducha miłości, solidarności i braterstwa, tylko z niezmiennej cechy każdej biurokracji. Urzędnicy i politycy zapewniają sobie pracę i apanaże, rozwijając coraz bardziej socjalny charakter wspólnoty.

Polityka ekonomiczna, którą prowadzi wspólnota, określa się w tekście Traktatu Lizbońskiego jako „społeczna gospodarka rynkowa”. Niestety, ta gospodarka ma tyle wspólnego z mechanizmami rynkowymi, co pierogi ruskie z Rosją. Koncesje i pozwolenia, limity produkcyjne i emisyjne, kwoty mleczne i klimatyczne, ceny maksymalne, dopłaty bezpośrednie, przymusowe ubezpieczenia, planowanie i rozdział funduszy na szczeblu centralnym i w końcu wysokie podatki od każdego przejawu przedsiębiorczości – oto społeczna gospodarka rynkowa, której nie powstydziłaby się żadna Republika Ludowa.

Kładziemy się jeszcze dziś spać w kraju, o którego losach i kierunku przemian możemy, w mniejszym lub większym stopniu, decydować sami. Wszystko wskazuje na to, że niedługo ma się to zmienić i tego procesu nie uda się nam zatrzymać. Trzymajmy jednak rękę na pulsie, abyśmy pewnego dnia nie obudzili się w państwie, na fladze którego jest już więcej gwiazdek czerwonych niż złotych…

2008-03-06 16:52

Czwarta władza nad Trzecią RP

Wesoła nowina. Platforma Obywatelska pracuje nad ustawą o zmianie Ustawy o radiofonii i telewizji. Prace równolegle toczą się w kancelarii premiera i w Ministerstwie Kultury, a „zderzenie” ich wyników poznamy w kwietniu – donoszą media. Nowina wesoła tym bardziej, że rządząca partia dopiero teraz zastanawia się nad różnymi „koncepcjami” kształtu przyszłej ustawy medialnej, a zatem również nad formami finansowania mediów publicznych. (Jak bumerang powraca pytanie, nad czym zatem zastanawiała się partia przez ostatnie 6 lat i jak mają się do tego przedwyborcze zapewnienia o przygotowaniu do rządzenia.)

Zniesienie podatku od odbiorników radiowych i telewizyjnych, dla emerytów i rencistów ma być pierwszym krokiem na drodze do likwidacji abonamentu w całości. Jego miejsce miałby zająć Fundusz Misji Publicznej. Zmiana jest w sposób oczywisty korzystna dla medialnego koncernu państwowego. Do tej pory górną granicą budżetu państwowych nadawców były wpływy z głównego źródła finansowania mediów publicznych, czyli z abonamentu. Ze względu na ograniczoną możliwość windowania stawek przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, oraz niezadowalającą ściągalność abonamentu, państwowy moloch narzekał na braki budżetowe. Po zmianach to politycy zdecydują ile i na co (fundusz celowy) zostaną przyznane środki. POle do manipulacji zaorane.

Różnica od strony potencjalnego widza polegać będzie na tym, że po zmianach nawet dotychczasowe uchylanie się od opłaty abonamentowej, nie uchroni go przed finansowaniem tej świątyni kiczu i żenady (tak, to o Telewizji Publicznej). Politycy po prostu w końcu wymyślili skuteczny sposób na ściąganie telewizyjnego haraczu od wszystkich obywateli, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, kto za tę imprezę ostatecznie zapłaci? A roczny koszt utrzymania ekipy z Woronicza wraz z przyległościami to około 2 mld zł. Mimo to elektorat będzie rozpływał się w uwielbieniu dla Platformy, ponieważ większość obywateli wciąż nie widzi związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy wydatkami budżetowymi, a podatkami.

Ważą się również losy ograniczeń w emisji reklam, w publicznej telewizji. Wydaje się, że realne są dwa scenariusze. Ograniczenia pozostaną, a politycy uchwalą haracz dla komercyjnych stacji, które przerzucą koszty na reklamodawców, a oni z kolei na konsumentów, lub ograniczenia zostaną zniesione. W drugim przypadku, biorąc pod uwagę specyfikę naszej telewizji państwowej, czas oswoić się z komunikatem: „przerywamy reklamy, aby nadać audycję”.

Swoją drogą, jako sporadyczny widz TVP czuję się przez nią oszukiwany. Zgodnie z prawem nie powinna ona przerywać programów w celu emisji reklam, tymczasem zasada ta jest nagminnie łamana. Każdemu ważniejszemu wydarzeniu sportowemu towarzyszy seria kilkuminutowych komentarzy, skróconych wydań programów informacyjnych, wejść na żywo do studia i na stadiony, wszystko przeplatane blokami reklamowymi. Podobnie rzecz ma się z nadawanym na żywo hitem tandety TVP 2. „Taniec na lodzie” przerywany bywał w połowie emisji, z naiwnym uzasadnieniem „przerwy technicznej”. Prowadząca uparcie wmawiała widzom, że to koniec części pierwszej programu. Część druga rozpoczynała się zaraz po reklamach. Czy nie jest to jawna hipokryzja i obraza inteligencji widzów? Nie, to komercja. Dużo bardziej TVP obraża widzów poziomem większości swoich programów i gustami, którym hołduje.

Politycy powinni zastanowić się, czy gra jest warta świeczki. Zamiast utrzymywać dwa kanały i sieć redakcji regionalnych, może taniej byłoby wykupić stały, półgodzinny blok emisyjny w paśmie najwyższej oglądalności, w jakiejś komercyjnej stacji? Aktualnie rządząca ekipa mogłaby uprawiać tam polityczną propagandę do woli. Po programie pojawiałaby się plansza z podziękowaniem dla sponsora i logiem aktualnie rządzącej partii. Dzięki takiemu układowi rządzący mogliby, przestać plątać się w zeznaniach, opowiadając o doniosłej telewizyjnej misji krzewienia kultury i niesienia kaganka oświaty przed ciemnym ludem. Bo, misja publiczna jest jak yeti – wszyscy o niej słyszeli, lecz nikt nie widział. Chyba, że uznamy za misję telenowele, filmy B klasy, koncerty z playbacku, stronniczą publicystykę, tudzież serwisy informacyjne układane przez oficera prowadzącego - bo to jest trzon ramówki TVP.

Telewizja nie powinna być finansowana z budżetu państwa, ani z przymusowej daniny, jaką jest abonament. Może to rewolucyjna teza, ale uważam, że przepływ pieniądza powinien odbywać się w drugim kierunku. Telewizja powinna zarabiać nie tylko na siebie, ale i generować zyski! Najwyższy czas przyznać się do tego, że „misja” zakończyła się niepowodzeniem i rozpocząć restrukturyzację tego molocha. Zysk nie musi być najwyższym priorytetem tej spółki, ale powinien współgrać z pozaekonomicznymi celami, które stawia przed sobą ten nadawca. Pogodzenie ognia i wody jest możliwe. Wiele przedsiębiorstw realizuje cele społeczne, tuż obok działalności zarobkowej. Muszą być tylko zachowane odpowiednie proporcje. Nie można jednak zdzierżyć sytuacji, w której nieudolne zarządzanie i niegospodarność TVP, tłumaczy się jej szczególną pozycją na rynku medialnym.

Minister skarbu, pan Aleksander Grad ogłosił, że telewizja należy do strategicznych podmiotów, które nie będą prywatyzowane. Myślę jednak, że pomysł sprzedaży mniejszościowego pakietu w drodze oferty publicznej i wprowadzenie spółki na giełdę powinien zostać skrupulatnie rozważony. Takie posunięcie na pewno wpłynęłoby pozytywnie na transparencję procesów zachodzących wewnątrz firmy, a tym samym wymusiłoby zmiany w kierunku rynkowych przemian wewnątrz tego podmiotu. Niezbędne byłoby też zbudowanie profesjonalnej kadry zarządzającej i kadry pracowników średniego szczebla, których kadencje nie byłyby sprzężone z kalendarzem wyborów politycznych. Taki model zatrudnienia w spółce skarbu państwa jest możliwy, przykładem może być chociażby zarząd Giełdy Papierów Wartościowych, którego skład nie jest determinowany przez polityczne zawirowania.

Niestety. Wszystkie te zmiany zależą od polityków i żadna z tych zmian nie jest im na rękę, dlatego nie wierzę w sprawnie zarządzane, apolityczne media publiczne. Warto jednak pokazywać, że jest alternatywna droga przekształceń. Jeśli mimo to, ktokolwiek wierzy w dobre intencje PO i daje się przekonać, że media mogą zostać odpolitycznione przez polityków i restrukturyzowane przez urzędników, którzy na co dzień zajmują się powiększaniem deficytu, musi być hipokrytą, lub pracownikiem publicznej telewizji.

Zachęcam Państwa do przeczytania dwóch tekstów, które doskonale obrazują jak wygląda zarządzanie i materialna sytuacja telewizji publicznej w Polsce. Poniżej znajdują się odnośniki.

> Sześć głównych problemów TVP
> Komiwojażerka

2008-02-27 23:57

Hossa na giełdzie to u nas “standard”

W systemie minionym, acz odbijającym się nam czkawką po dziś dzień, decyzje władzy były zawsze słuszne, a prawa ekonomiczne na czas nieokreślony zawieszone. Kryzysy, które siały smutek w kolektywnym sercu ciężko pracującego ludu miast i wsi, nieodmiennie inspirowane były przez niecnych kombinatorów, wrogów proletariatu, pachołków imperializmu zachodniego, manipulatorów i spekulantów. Linia partyjna była jasna – to wszystko „ich” wina. Co do tego nikt nie miał wątpliwości… Oczywiście, wyłącznie co do tego, że taka była linia partii.

Wrogowie ludu w swojej działalności dywersyjnej najczęściej uciekali się do dezinformacji. Na szczęście troska władzy o obywateli była tak głęboka, jak poezja Stalina. Działała cenzura, a czystość ideologiczna była egzekwowana staranniej niż czystość osobista. Dzięki temu część ludzi uwierzyła nawet, że prawo popytu i podaży może w tej części Europy przestać obowiązywać…

…kilkadziesiąt lat później…

Inwestorzy, niemający często doświadczenia na rynku akcyjnym, na fali reklam i ogólnomedialnego szumu związanego z trwającą na Warszawskiej Giełdzie hossą, masowo decydowali się na inwestowanie swoich oszczędności przez fundusze akcyjne wysokiego ryzyka, lub indywidualnie za pośrednictwem rachunków maklerskich na giełdzie. Wzrostom nie było końca, padał rekord za rekordem. Tylko ze strony KNF-u nieśmiało pojawiały się sugestie o nierzetelnym informowaniu klientów funduszy o ryzyku inwestycyjnym. Wątpliwości rozwiał pan z reklamy, z uśmiechem oznajmiający, że zapoznał się z prospektem emisyjnym i został poinformowany o ryzyku. Ekstazy dopełniała pojawiająca się pod koniec reklamy na ułamek sekundy informacja o… no właśnie, o czym? Nielicznych to jednak wtedy interesowało. Wzrosty trwały. Do czasu.

W połowie zeszłego roku nastąpiło odwrócenie trendu. Pierwszymi ofiarami bessy padły małe i średnie spółki, z czasem dołączyły do nich i te większe. Co działo się potem na rynkach, każdy kto ma w domu telewizor, wie. Nie każdy jednak wie, co niedługo potem zaczęło dziać się w okolicach rynków. Rozpoczęło się szukanie winnych, takiego a nie innego, zakończenia „Wiecznej Hossy”.

Pan Ludwik Sobolewski, Prezes Giełdy Papierów Wartościowych ogłosił, że skali kryzysu winni są „oni”, analitycy, którzy w swoich prognozach dają się ponieść poetyckiej fantazji. Skojarzenie choć brutalne, przywodzi na myśl przemówienia Pierwszych Sekretarzy, w których władza winą za niepowodzenia obarczała manipulatorów i spekulantów. Bo, czyż nie powinno się pisać „przecena”, zamiast „krach”, nie „bessa”, tylko „korekta”, nie „rzeź spółek” tylko „nieuzasadniona wyprzedaż”..? Pan Sobolewski raczył donieść nawet na jednego z analityków, którego podobno zbytnio poniosła wyobraźnia do Komisji Nadzoru Finansowego. Pech chciał, że członkowie Komisji, nie podzielili cenzorskich zapędów pana prezesa i wniosek oddalili.

Nic to. Wraz z końcem stycznia tego roku pan Ludwik Sobolewski zapowiedział powołanie rady etyki i ładu informacyjnego, która ruszyć ma już w marcu. Oczywiście lud inwestujący miast i wsi popiera w całej rozciągłości inicjatywę pana prezesa, w końcu winni „krachu” muszą zostać wzięci pod lupę tak, aby podobna sytuacja w przyszłości się nie powtórzyła. Przecież nikt nie wierzy w podszepty manipulatorów, że gdy wycena odrywa się od fundamentów, siła grawitacji prędzej, czy później musi sprowadzić ją w dół.

Kolejna rada etyki jest nam niezbędna. Niezbędna niczym dziura ozonowa. Zastanawiam się, kiedy wydane zostaną pierwsze Certyfikaty Nieomylności dla analityków i Dyplomy Właściwego Stylu Wypowiadania Się dla komentatorów rynkowych. W przekonaniu o konieczności wypracowania jednego systemu wartości i wspólnego zdania wszystkich analityków utwierdza mnie przykład, który pozwolę sobie przytoczyć.

Rada etyki w pierwszej kolejności powinna zająć się właśnie tym przypadkiem nierzetelnego informowania o realnej sytuacji na rynkach i wypowiadaniu kategorycznych sądów, które doprowadziły do strat wielu inwestorów.

Fragment artykułu z gazety Private Banking, nr IV, który na stronach między innymi Bankiera i Rzeczpospolitej ukazał się na początku czerwca 2007 r.

Co poradziłby Pan inwestorom, którzy skuszeni kilkuletnią hossą właśnie teraz masowo przenoszą na giełdowy parkiet znaczną część swoich oszczędności?”

„Chciałbym im powiedzieć, że robią słusznie. Trwająca hossa ma bowiem bardzo solidne podstawy w naszej sytuacji makroekonomicznej. Nie ma powodów, by przypuszczać, że taka sytuacja ma się ku końcowi. Nie podzielam, a wręcz uważam za mało fachowe, opinie mówiące, że jeśli dobra sytuacja na rynku trwa już od kilku lat, to jest to zbyt długo i musi się wkrótce skończyć. […] Moim zdaniem, jeszcze przez kilka lat będzie trwała korzystna sytuacja i dobre perspektywy dla osób i firm, które decydują się zarządzać pieniędzmi na rynku giełdowym.”

WIG 5 letni

„Obserwujemy w ostatnich miesiącach szereg interesujących zjawisk na naszym rynku. Przykładem jest choćby trwająca hossa budowlana. Czy kursy spółek z tego sektora mogą rosnąć bez końca? Nie przypomina to hossy internetowej sprzed kilku lat, która skończyła się gwałtownym załamaniem?”

Nie dostrzegam takich podobieństw. Hossa na rynku budowlanym jest wzrostem, który ma realne podstawy. Jest napędzana przez wciąż niższe ceny gruntów w Europie Wschodniej oraz przez niedoinwestowanie i skromność infrastruktury w porównaniu z Europą Zachodnią. W efekcie mamy w Polsce wielki potencjał wzrostu spółek budowlanych i developerskich, które zagospodarowują takie tereny. Tę hossę widać zresztą nie tylko na naszym rynku. Świetną kondycję branży budowlanej obserwujemy także na innych giełdach regionu.”

WBud

Konfrontacja przytoczonych fragmentów wypowiedzi z wykresami, nie wymaga komentarza. Chciałbym, aby wszyscy analitycy mogli pochwalić się taką sprawdzalnością swoich przewidywań. Staliby się perfekcyjnymi antywskaźnikami, a inwestowanie stałoby się proste, niczym rzucanie słów na wiatr. Jeśli nie domyślacie się Państwo, kto jest autorem tej prognozy, zapraszam do zapoznania się z całością materiału, pod tym linkiem.

Ta sama osoba w połowie sierpnia wypowiadała się w Programie Pierwszym Polskiego Radia przekonując, że „krachu nie ma”, a „spadki notowań na światowych giełdach to sytuacja przejściowa”, która wywołana była „zawirowaniami na rynku nieruchomości w USA”. Jeśli nie są to „nieodpowiedzialne wypowiedzi ocierające się o manipulację”, to co nimi jest?

W ustroju minionym kierunek partii był słuszny i zawsze właściwy, wydaje się, że w zamyśle prezesa Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych kierunek również jest oczywisty i przynajmniej pozornie słuszny. Kierunek ten to oczywiście północ. Ciekawe, czy panu prezesowi, tym razem ze wsparciem rady etyki, uda się pokonać grawitację.

visitor stats