Traktat Lizboński zostanie ratyfikowany przez wszystkie 27 państw Wspólnot Europejskich, w tym przez Polskę i nic tego nie zmieni. Ani dyskusje o referendum, ani pomysły posłów PiS, ani nawet odwlekanie ratyfikacji przez Prezydenta nie zatrzyma procesu tworzenia Unii Europejskiej. Coś, co nie udało się Napoleonowi, Hitlerowi, ani Stalinowi uda się kaście biurokratów i polityków. Podpisanie Traktatu będzie przedostatnim krokiem do zjednoczenia Europy w jednym organizmie państwowym.
Proces zjednoczenia państw kontynentu europejskiego wielokrotnie w historii kończył się niepowodzeniem. Dziś, ojcowie nowej idei unifikacji narodów Europy, stoją na progu sukcesu. Kluczem do niego okazała się idea zastąpienia miecza pieniędzmi. Pierwszy raz w historii proces ewolucji strukturalnej zapoczątkowany od stworzenia strefy wolnego handlu, przez unię celną, wspólny rynek i unię monetarną, a w końcu unię gospodarczą, skończyć ma się powstaniem unii politycznej. Byłby to ostatni etap integracji i zarazem pierwszy w historii świata taki model narodzin nowego organizmu państwowego.
Ze środków masowego przekazu bombardowani jesteśmy informacjami na temat tego jak blisko ratyfikacji traktatu jesteśmy i jakie to wspaniałe wydarzenie. Nikt jednak nie poddaje w wątpliwość sensu podpisywania tego dokumentu. Celem ma być „dalsza integracja”, tylko brakuje refleksji, po co i jakie niesie ona ze sobą korzyści dla Polaków? Korzyści niestety nie ma licznych. Koszta za to są ogromne. Wspólnota stworzyła już wspólny rynek, osiągnięto zniesienie wszelkiego rodzaju barier na granicach (granice istnieją i proszę nie dać sobie wmówić, że „granice zniesiono”) i konsekwentnie rozszerzana jest unia monetarna. Dalsza integracja to po prostu przekazanie kompetencji prawodawczych i mandatu do reprezentacji na arenie międzynarodowej w obce ręce.
Jednym z podstawowych haseł Traktatu Lizbońskiego jest postulat zwiększanie stopnia demokratyzacji. W takim razie, dlaczego wszystkie państwa Wspólnoty, jak ognia unikają organizacji wiążących referendów w sprawie ratyfikacji tej umowy międzynarodowej? Jedynym państwem, w którym odbędzie się referendum będzie Irlandia, ale to tylko dlatego, że takie wymogi stawia konstytucja tego państwa. Politycy nauczeni przykładem klęski Konstytucji Europejskiej, postanowili więcej nie powtórzyć tego błędu i nie pozwolić na podjęcie decyzji obywatelom w referendum powszechnym. Pojawia się dylemat. Skoro okrojona eurokonstytucja jest korzystna dla mieszkańców Wspólnoty, to dlaczego nie mogą oni zaakceptować jej w drodze głosowania? A jeśli byłaby niekorzystna, to dlaczego wszyscy politycy (którzy ponoć reprezentują nasze interesy) jak jeden mąż, starają się na wyścigi ją ratyfikować?
Tak naprawdę odbywający się teraz w całej Europie cyrk z referendami, których nie ma, to zamach na demokrację i podeptanie głównych ideałów zapisanych na papierze Traktatu. Wprowadzana tylnymi drzwiami minikonstytucja nie jest potrzebna nikomu w Europie poza urzędnikami, politykami i ofiarami medialnej propagandy.
Wraz z ratyfikacją przez wszystkich sygnatariuszy Traktatu Lizbońskiego, wszystkie państwa-strony, w tym Polska, stracą swoją suwerenność. Można okłamywać społeczeństwo, że tak nie jest, a nawet w to wierzyć, ale nie zmieni to faktów. Zostanie ona przekazana na szczebel ponadnarodowy w ręce Parlamentu Europejskiego. Z czasem zmieniony zostanie system głosowania w tymże. Traktat reformujący zmienia również zasady kierowania Unią Europejską. Na jej czele stać będę rotacyjnie, nie jak obecnie poszczególne państwa, ale 3 państwa jednocześnie. Od czasu jego wejścia w życie ustanowiony zostanie Przewodniczący Rady Europejskiej o 2,5 letniej kadencji, który będzie reprezentował kraje (chciałoby się napisać „prowincje”) członkowskie wobec państw trzecich. Obok niego funkcjonować będzie wysoki przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa.
Unia w końcu zyska osobowość prawną, co ostatecznie usunie wątpliwości w takich kwestiach, jak chociażby prawna definicja „obywatelstwa Unii”. Mimo to nowy twór nie będzie posiadał (na razie!) atrybutów państwowości, takich jak flaga, czy hymn. Są to jednak tylko ozdobniki, których znaczenie z punktu widzenia praktycznego jest marginalne. Najistotniejszym postanowieniem traktatów będzie potwierdzona wyższość w hierarchii prawnej aktów europejskich, nad prawem krajowym.
W Europie od dawna ścierały się dwie koncepcje integracji. Europa Regionów i Europa Narodów. Obecnie zwycięża pomysł rozczłonkowania państw europejskich na regiony, których znaczenie w polityce unijnej byłoby akcentowane mocniej, niż idea podkreślania różnic narodowych. Taka polityka korzystna będzie dla krajów dużych liczebnie, o ekspansywnej kulturze i gospodarce. W dłuższej perspektywie prowadzić ma do zatarcia różnic narodowych i wykreowania narodu europejskiego. W praktyce politycznej doktryna Europy Regionów nie jest niczym innym, jak wcielaniem w życie starożytnej maksymy „dziel i rządź”.
Traktat, pierwszy raz w historii europejskich aktów prawnych, zawiera zapis o możliwości wystąpienia ze wspólnoty przez państwo członkowskie. Podobny zapis zawierała Konstytucja Związku Sowieckich Republik Radzieckich. Analogia z Konstytucją ZSRR nie jest przypadkowa. Przepis daje prawo wystąpienia ze wspólnoty, ale odwołuje się do przepisów wykonawczych, których nie ma i nic nie wskazuje na to, żeby kiedykolwiek miały powstać.
Dużo ciekawsze rzeczy, z punktu widzenia europejskiej gospodarki, niż Traktat zawiera Karta Praw Podstawowych. Artykuł 17 stanowi, iż „nikt nie może być pozbawiony swego mienia…”, lecz dodaje: „chyba, że w interesie publicznym”. Ciarki przechodzą po plecach na samą myśl o tym, jak ciekawe interpretacje pojęć takich jak „interes publiczny”, „za uczciwym odszkodowaniem” i „wypłaconym we właściwym terminie” może stosować socjalistyczna Rada Europejska. Dalsze zapisy artykułu 17 nie pozostawiają złudzeń: „Korzystanie z własności może podlegać regulacji ustawowej, jeśli jest to konieczne ze względu na interes ogólny”. Wyrazić należy podziw dla inspiracji, już nawet nie socjalistycznych, a komunistycznych.
Artykuł 23 stanowi: „należy zapewnić równość mężczyzn i kobiet we wszystkich dziedzinach, w tym w sprawach zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia.” Pragnę zwrócić uwagę, że nie chodzi tu tylko o akceptowanie parytetów płci, ale głównie ich tworzenie! Ideologiczne skrzywienie na lewo europejskich prawodawców, nie pozostawia złudzeń. Centralne sterowanie, tworzenie ograniczeń i nakazów sprzecznych z logiką i wolnym rynkiem, to największe grzechy socjalistów na europejskich salonach.
Prawa pracowników stanowią istotny element Karty. Nie jest zaskoczeniem, że przywileje pracownicze dominują nad przywilejami pracodawców. Obok zapisów o prawie pracowników do strajków, dostępu do informacji o sytuacji firmy, ochronie medycznej i prawie do szeroko rozumianej godności, Karta zawiera pojęcie „nieuzasadnionego zwolnienia z pracy”. Z punktu widzenia pracownika, zapewne każde zwolnienie będzie „nieuzasadnione”. Nie mam wątpliwości, po której stronie i w tej kwestii stać będzie prawo unijne. Doprowadzić to może do nasilenia zjawiska widocznego już dziś – pracodawca boi się zatrudnić kogokolwiek na umowę o pracę, bo wie że pracownik staje się wtedy niemal nietykalny.
Punkt 3 artykułu 34 brzmi: „W celu zwalczania wyłączenia społecznego i ubóstwa Unia uznaje i szanuje prawo do pomocy społecznej i mieszkaniowej dla zapewnienia, zgodnie z zasadami ustanowionymi w prawie wspólnotowym oraz ustawodawstwach i praktykach krajowych, godnej egzystencji wszystkim osobom pozbawionym wystarczających środków.” Zwracam uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze kolejność wymienionych aktów prawnych. Ustawodawstwo unijne również w zapisach Karty uznawane jest za wiążące w pierwszej kolejności. Po drugie, zarówno ten jak i poprzednie zapisy, z całą mocą podkreślają socjalny charakter Unii Europejskiej, która z „najbardziej konkurencyjnej gospodarki świata do roku 2010” (element Strategii Lizbońskiej z 2000 r.), staje się powoli fundacją charytatywną typu non profit.
Czytelnik mógłby zapytać skąd ta zawzięta krytyka praw, które przecież są korzystne dla rzeszy Europejczyków. Diagnoza jest prosta. Aby komuś coś dać, komuś innemu należy to odebrać. Sam proces „odbierania” i „dawania” kosztuje. Kosztuje tyle ile wynosi utrzymanie całej tej biurokratycznej machiny (pomijam aspekt moralny i skutki rynkowe podatków i zabezpieczeń socjalnych, konkluzję ograniczając jedynie do efektywności takiego systemu). Są to pieniądze spożytkowane bezproduktywnie, bo jaka jest wartość dodana, w procesie przekładania pieniędzy z kieszeni Hansa, do kieszeni Johna? Obawiam się więc, że socjalny charakter wspólnoty nie wynika wcale z ducha miłości, solidarności i braterstwa, tylko z niezmiennej cechy każdej biurokracji. Urzędnicy i politycy zapewniają sobie pracę i apanaże, rozwijając coraz bardziej socjalny charakter wspólnoty.
Polityka ekonomiczna, którą prowadzi wspólnota, określa się w tekście Traktatu Lizbońskiego jako „społeczna gospodarka rynkowa”. Niestety, ta gospodarka ma tyle wspólnego z mechanizmami rynkowymi, co pierogi ruskie z Rosją. Koncesje i pozwolenia, limity produkcyjne i emisyjne, kwoty mleczne i klimatyczne, ceny maksymalne, dopłaty bezpośrednie, przymusowe ubezpieczenia, planowanie i rozdział funduszy na szczeblu centralnym i w końcu wysokie podatki od każdego przejawu przedsiębiorczości – oto społeczna gospodarka rynkowa, której nie powstydziłaby się żadna Republika Ludowa.
Kładziemy się jeszcze dziś spać w kraju, o którego losach i kierunku przemian możemy, w mniejszym lub większym stopniu, decydować sami. Wszystko wskazuje na to, że niedługo ma się to zmienić i tego procesu nie uda się nam zatrzymać. Trzymajmy jednak rękę na pulsie, abyśmy pewnego dnia nie obudzili się w państwie, na fladze którego jest już więcej gwiazdek czerwonych niż złotych…