Blog red/akcyjny

Giełda jest jedynym znanym narzędziem wyceny marzeń

Archiwum: marzec 2008

2008-03-27 15:06

Najlepsza giełdowa inwestycja

Giełdowe powiedzenie mówi, że inwestycje dzielą się na dwa rodzaje: zyskowne i długoterminowe. O ile jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, mówiącej dużo zwłaszcza o psychice wielu giełdowych graczy, to myślę jednak, że na przekór autorowi tego sloganu, można znaleźć rodzaj inwestycji, która łączy w sobie te dwie cechy. Istnieją inwestycje, które są zawsze zyskowne, zawsze długoterminowe i najczęściej są to najlepsze inwestycje, jakie możemy zrobić. Inwestycje w inwestycyjną edukację.


Sukces na giełdzie zależy od pięciu czynników: wiedzy i umiejętności, doświadczenia, psychiki, dostępu do informacji i szczęścia. Dostęp do informacji, zgodnie z literą prawa, każdy powinien mieć jednakowy. Nawet, gdy tak nie jest, dążenie do zdobycia i wykorzystania poufnych danych może doprowadzić do spotkania ze smutnymi panami z KNF-u. Polityka w tym zakresie jest bardzo restrykcyjna i dlatego zasada „mniej wiesz, krócej siedzisz” obowiązuje. Trzeba pamiętać, że sam dostęp do informacji jest ważny, ale wszystko, co potem, odbywa się na nasze własne ryzyko. Kolejnym czynnikiem jest szczęście, które jak wiadomo sprzyja lepszym. Dlatego najlepszą strategią jest rozwijanie pierwszych trzech czynników, na które mamy największy wpływ.

Można oczywiście czytać książki, rozmawiać z ludźmi z bogatym doświadczeniem, grać w giełdowe symulatory, ale moim zdaniem nic tak nie rozwija inwestycyjnej inteligencji, jak sama praktyka. Nawet, jeśli nie posiadamy żadnej wiedzy i doświadczenia, to jest to najszybszy i najskuteczniejszy sposób, żeby je zdobyć. Otworzenie rzeczywistego rachunku maklerskiego i wpłacenie na niego nawet symbolicznej kwoty, którą będziemy następnie obracać, to najlepszy sposób na skosztowanie giełdowego życia. To też najlepszy sposób, na znalezienie motywacji, do tego by uczyć się coraz więcej.

Dawno temu, gdy rynek giełdowy w Polsce dopiero raczkował, a ja byłem uczniem szkoły podstawowej, mój ojciec postanowił otworzyć dla mnie rachunek maklerski i wpłacić na niego niewielką kwotę pieniędzy. Nie znałem wtedy nawet takich pojęć jak hossa i bessa, nie wiedziałem, od czego zależą wyceny spółek, które codziennie śledziłem w gazetach i obserwowałem w telewizyjnej telegazecie. Był to czas wysokich prowizji giełdowych i opłat za prowadzenie rachunku, utrudnionego dostępu do jakichkolwiek informacji, zleceń składanych telefonicznie, lub osobiście i kilkusetmetrowych kolejek w zapisach na największe państwowe firmy prywatyzowane przez giełdę. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mimo iż po drodze udało mi się, jak wielu innym zbankrutować, była to najlepsza finansowa lekcja, jaką w życiu dostałem.

Gdybym wtedy nie zainteresował się giełdą, nie byłoby mnie dziś tu gdzie jestem. Wiedza, którą można samemu zdobyć w formie praktycznej gry giełdowej, jest o wiele cenniejsza, niż to co można wyczytać w książkach i usłyszeć od znajomych. Takiej wiedzy, co dziwne nie przekazują w żadnej szkole na poziomie podstawowym, czy średnim. Z punktu widzenia nowoczesnej gospodarki, wydaje się kuriozalne, że edukacja szkolna skupia się na nauce o budowie pantofelka, właściwościach peptydów, czy pieśniach cerkiewnych, a nie daje nawet podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu rynków finansowych. Rynków, które mają daleko większy wpływ na życie przysłowiowego Kowalskiego, niż większość procesów, o których uczy się w szkołach.

Skoro szkoły nie dbają o tak elementarną wiedzę, odpowiedzialność za finansową edukację dzieci spoczywa na barkach rodziców. Czym wcześniej rozpocznie się ta edukacja, tym lepiej. Gdy sam będę ojcem, na pewno zrobię to samo, co ponad 10 lat temu zrobił mój ojciec. W dzisiejszych czasach taka praktyczna nauka, dla niepełnoletniej osoby, która sama nie może posiadać rachunku maklerskiego, jest dużo prostsza. Dziś zlecenia składać można przez internet - kiedyś było to niemożliwe, a przekonanie maklera, by przyjął zlecenie od kilkunastoletniego dziecka było bardzo trudne ; )

Dlatego zachęcam Państwa do inwestowania w wiedzę, umiejętności, doświadczenie i szlifowanie charakteru, zarówno własnego jak i swoich podopiecznych. Jest to najlepsza inwestycja, jaką można zrobić, ponieważ nie wiąże się z żadnym ryzykiem, a zyski z niej będą procentować przez całe życie. Taka lekcja kosztuje, tyle ile zaczynając naszą przygodę z giełdą wpłacimy na rachunek. Powinna być to kwota, którą możemy stracić, a zarazem, której stratę odczujemy. Oczywiście stracić na giełdzie wszystko jest bardzo trudno i kosztuje to wiele wysiłku, ale jest możliwe. Jednak dzięki tej nauce na błędach, w przyszłości unikanie błędnych decyzji inwestycyjnych będzie dużo prostsze.


2008-03-24 22:56

Śmierć martwych prezydentów?

Amerykański dolar nieustannie się osłabia i końca tego trendu nie widać. Pojawiają się opinie, mówiące o nadejściu nowej ery, w której amerykańska waluta musi oddać dominującą pozycję, a przynajmniej podzielić się nią z euro, co świadczyć ma o schyłku jednobiegunowej gospodarki światowej. Trudno nie zgodzić się z opiniami, że to co obecnie dzieje się na rynkach walutowych może być przełomowym wydarzeniem w najnowszych ekonomicznych dziejach świata, a historia pisana jest na naszych oczach. Pytania, jakie stawiają sobie obecnie wszyscy, to jakie konsekwencje będzie to miało dla przyszłego ładu gospodarczego w skali globalnej i jakie miejsce w międzynarodowym obrocie walutowym zajmie amerykańska waluta.

O ile trudno, bez uciekania się do pisania alternatywnych scenariuszy, prognozować zmiany, jakie zajść mogą w perspektywie kilkuletniej w skali globalnej, to można jednak ocenić obecnie panujące trendy i ich wpływ na sytuację naszych portfeli.

Na horyzoncie nie widać obecnie czynników, które mogłyby w znacznym stopniu wpłynąć na umocnienie się dolara. Rada Rezerwy Federalnej z przewodniczącym Bernanke udowodniła już niejednokrotnie, że nie zawaha się ciąć stóp, nawet za cenę podsycania inflacji i osłabiania kursu dolara. Należy zadać sobie pytanie, na ile jest to świadoma polityka i czy osłabianie wartości amerykańskiej waluty nie jest zabiegiem celowym. Winą za kryzys wartości dolara Fed do spółki powinien podzielić się z komercyjnymi bankami, których rozwiązła polityka kredytowa doprowadziła swego czasu do pewnego rodzaju nadpłynności w systemie. Presja na zyski sektora bankowego zmuszała banki do udzielania coraz większej ilości kredytów, nawet dla klientów o marnej reputacji. W rezultacie dolary w postaci łatwo dostępnych kredytów zalały amerykański rynek, również nieruchomości. Obecnie dla ratowania sytuacji obniża się stopy procentowe, co w sposób oczywisty prowadzi do dalszego zwiększenia podaży taniego pieniądza, a w konsekwencji dalszego spadku jego wartości.

Siła dolara w dużym stopniu zależeć będzie od tego, kto wygra jesienne wybory do Białego Domu. Być może czeka nas kolejna wojna na Bliskim Wschodzie, tym razem przeciwko Iranowi. Gdy przyjrzymy się historycznym wykresom amerykańskiej dynamiki inflacji, okaże się, że na przestrzeni ostatnich dwustu lat jej szczyty w zadziwiająco zgodny sposób pokrywają się z wojnami, w których udział brali „amerykańscy chłopcy”. Co prawda wojna pociąga za sobą koszta i napędza inflację, ale jest też zarazem świetnym impulsem dla amerykańskiej ekonomii, który może reanimować gospodarkę. W związku z tym bacznie należy się przyglądać irańskiej polityce handlowej, w szczególności pomysłom odejścia od rozliczania transakcji na rynku ropy naftowej w dolarach i przejściu na rozliczenia w euro. Tak śmiały krok, niemal na pewno sprowokowałby amerykański atak na Allachowi ducha winnych Irańczyków. Zmiana waluty, w której przyjmowane są zapłaty za czarne złoto, to obecnie dużo groźniejsza broń przeciwko Stanom, niż potencjalna irańska bomba atomowa. O tym jak ważna dla Amerykanów jest to kwestia, przekonał się już Saddam Husajn, który zdradę dolara przypłacił życiem.

Z punktu widzenia rodzimego rynku, dalsza deprecjacja dolara w najbliższym czasie wydaje się przesądzona. Możliwe, że w wyniku przewartościowania złotego i niedoceniania wartości “zielonego”, czeka nas korekta, jednak nie powinna stać się ona początkiem odwrócenia trendu osłabiania dolara względem złotówki. Prognozy takie wydaje się potwierdzać NBP, który niedawno zapowiedział, że zamierza przyspieszyć redukcję dolarowych rezerw dewizowych. Kilkuletnią tendencję wyraźnie widać na wykresie pary walutowej dolar/złoty. Realnym jest scenariusz, w którym jadąc na wycieczkę do USA, jeszcze w te wakacje będziemy wymieniać nasze waluty w stosunku 1:2.

Ważną przesłanką przemawiającą za dalszym osłabieniem się dolara względem złotego, jest szczególna sytuacja, w której Polska się obecnie znajduje. Spełnienie kryteriów konwergencji wydaje się być priorytetem rządu i RPP na najbliższe lata. Walka z inflacją wymagać będzie dalszego podwyższania stóp procentowych, co bezpośrednio przekłada się na umocnienie złotego. Poziom inwestycji zagranicznych nadal utrzymuje się na wysokim poziomie i nic nie wskazuje na to, że tendencja ta miałby w ciągu następnych kilku lat ulec zmianie. Spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego na tle gospodarki amerykańskiej, która weszła już w fazę recesji, będzie raczej relatywnie niskie. Obecnie brak racjonalnych obaw o spowolnienie dynamiki wzrostu PKB poniżej poziomu 5 proc. w tym roku. Wszystko to w przeciągu najbliższych lat składa się na obraz silnego złotego względem dolara.

To, że dolar jest już dziś tani, po prostu widać. Przeglądanie dowolnego serwisu aukcyjnego uzmysławia, że jesteśmy już niemal zalewani przez, nieco żartobliwie mówiąc, „tani import z USA”. Kto może korzysta z sytuacji i kupuje sprzęt elektroniczny, samochody i wyroby wysoko-przetworzone zza Oceanu, ponieważ jeszcze nigdy nie były one w tak atrakcyjnych cenach. Obserwuję to chociażby na rynku używanych motocykli. Gdy jeszcze dwa lata temu przeglądałem oferty sprzedaży, większość sprowadzanych maszyn stanowiły motocykle z Niemiec i Wielkiej Brytanii. Dziś lwia część ofert to 2, lub 3 letnie maszyny, które do niedawna pędziły po amerykańskich szosach. Podobnie sytuacja wygląda na szerszym rynku motoryzacyjnym. Jeszcze nigdy nie widziałem we Wrocławiu tylu, co teraz Chrysler’ów.

Amerykański kryzys hipoteczny i słaby dolar to doskonała okazja do inwestycji na tamtejszym rynku nieruchomości. Jeśli ktoś posiada wystarczające środki, może pokusić się o poszperanie w tamtejszych ofertach z rynku wtórnego, lub wzięcie udziału, w którejś z licytacji domów, z nieuregulowaną hipoteką. To inwestycja na lata, jednak może okazać się bardzo zyskowna szczególnie, że obecnie dużo łatwiej trafić na prawdziwe okazje. Na spekulacji, na rynku nieruchomości w Stanach zbudowano niejedną fortunę, za przykład posłużyć może znany pisarz i inwestor Robert Kiyosaki.

Tymczasem, „pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone” powiedzieliby zgodnie prezydenci z amerykańskich banknotów, gdyby tylko mówić mogli. Mimo niepokojących sygnałów z rynków finansowych, za wcześnie jest na ogłaszanie ostatecznego pogrzebu dolara. To wciąż waluta, w której realizowanych jest najwięcej transakcji na rynku międzynarodowym. To wciąż waluta, która zalega w skarbcach większości państw świata. Choć amerykańska gospodarka znajduje się obecnie w fazie kryzysu, wcale nie musi oznaczać to końca jej dominacji na świecie. Jeszcze nie teraz i żadne sztuczki, i kreatywna statystyka mówiące o wyprzedzeniu Stanów przez połączone europejskie gospodarki tego nie zmieni. Stany wciąż pozostają największą światową gospodarką, której dość liberalne regulacje (jak na dzisiejsze czasy) i niezmiennie wysoka akceptacja społeczna dla głębokich reform, pozwalają widzieć światełko w tunelu kryzysu.

Analitycy rynku walutowego zastanawiają się jednak, czy odbicie się od dna Stanów, przywróci czasy silnego dolara. Czy przypadkiem Amerykanie nie „oszukali” świata kupując przez lata wszystko za papierki, które nie są obecnie wiele warte, doprowadzając do sytuacji, w której większość dolarów już dawno znajduje się poza granicami Stanów? Oznaczałoby to, że po dolarze płakać będą najmniej akurat sami Amerykanie. Pesymiści mówią, że śmierć dolara jest kwestią czasu, a następcą tronu stać ma się wspólna waluta Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku. Amero.


2008-03-16 13:47

Brawo! Kolejne zakazy

Minister Infrastruktury pan Aleksander Grad wpadł na pomysł wprowadzenia ograniczeń w możliwości uzyskania prawa jazdy kategorii A dla osób przed 24 rokiem życia. Powodem jest rzekoma korelacja lekkomyślności z wiekiem delikwenta. Jako motocyklista, osoba rozumiejąca troskę państwa o swoją własność (czyt. obywateli), zwolennik zakazów i państwa opresyjnego, nie mam innej możliwości jak tylko przyklasnąć temu pomysłowi.

Co prawda dziecko w wieku 18 lat nadal będzie miało pełne prawo do czynności cywilno-prawnych, będzie podlegało obowiązkowi służby w Wojsku Polskim, będzie mogło rozbijać się tuningowanym 14-letnim Golfem z podtlenkiem rzepaku, założyć rodzinę i wesoło chędożyć, by potem z błogosławieństwem pana Giertycha otrzymać becikowe i móc zagłosować na PO. Ale na szczęście za kierownicą nawet Komarka, więcej nie usiądzie.

Nie od dziś przecież wiadomo, że umiejętność jazdy na motocyklu nabywa się wraz z przekroczeniem magicznej granicy 24 lat. Pan minister z pewnością jest już wielokrotnie starszy, dlatego chętnie zobaczę go w akcji, jak sobie radzi z opanowaniem Hayabusy, bądź jakiegoś skromniutkiego „litra”. Obawiam się jednak, że autorom nowego ograniczenia „litr” z motocyklami kojarzy się akurat w ostatniej kolejności…

Nie jest nowością, że w wielu kręgach, czym mniej na dany temat się wie, tym chętniej zabiera się w danej kwestii głos. Wygląda na to, że pan Grad uległ właśnie takiej tendencji. Pan minister zapewne wierzy, że jeśli pierwszy kontakt z maszyną rozpędzającą się do 100 km/h w mniej niż 3 sek. nastąpi w 6 lat po otrzymaniu dowodu osobistego, to w cudowny sposób kierowca taki będzie posiadał już wszystkie umiejętności niezbędne do bezpiecznej jazdy.

Nie chciałbym się stawiać w roli eksperta, ani broń Boże, otwarcie twierdzić, że pomysł ministra jest poroniony, ale warto zwrócić uwagę na garść faktów, które być może umknęły uwadze fachowców z resortu.

Po pierwsze, rozpoczęcie nauki jazdy motocyklem w wieku 24 lat ma się nijak do poziomu bezpieczeństwa na drogach. Liczy się doświadczenie oraz zdolności motoryczne, które w tym wieku mogą być już zdecydowanie gorsze niż jeszcze kilka lat wcześniej. Predyspozycje psychologiczne są różne dla różnych ludzi. Niektórzy mogliby jeździć bezpiecznie już w wieku 16 lat, a inni zabiją się na pierwszej prostej mimo 30 na karku.

Po drugie, wiele osób będzie jeździło bez uprawnień. W razie kontroli policyjnej, część z nich na pewno będzie uciekała. Gdy ma się dwukrotnie lepsze przyspieszenie niż radiowóz, to pokusa jest wielka. Jak wiele takich ucieczek kończy się tragicznie, chyba nie muszę dodawać…?

Po trzecie, jakim prawem wszystkich obywateli poniżej 24 roku życia traktuje się tak samo, czyli jak potencjalnych drogowych samobójców? Pobudka! Ludzie nie są tacy sami, ale ministerialna miara tego nie uwzględnia. Najłatwiej jest postawić zakaz, to przecież nic nie kosztuje, a rozwiązuje problem. Szkoda tylko, że stwarza kilka kolejnych.

Takim samym uzasadnieniem, można by przeforsować ograniczenia wyborcze dla osób poniżej 24 roku życia. Już wyobrażam sobie Jarosława Kaczyńskiego, ledwo widocznego zza mównicy, który mówi o pijanych erotomanach, którymi najczęściej są ludzie młodzi i którzy nie mogą mieć wpływu na tak poważne sprawy, jak wybieranie władz ustawodawczych.

Wracając do motocykli, pójdźmy o krok dalej. Wg statystyk najczęstszymi sprawcami wypadków z udziałem jednośladów są mężczyźni, dlatego należy zabronić im kierowania tymi pojazdami. Dożywotnio, lub do czasu zmiany płci. W wypadkach najczęściej biorą udział motocykle w kolorach czerwonym, niebieskim i czarnym, dlatego prowadzenie takich pojazdów będzie możliwe dopiero po zdaniu dodatkowego państwowego, płatnego egzaminu. Najwięcej wypadków z udziałem motocyklistów ma miejsce w miastach, dlatego miasta powinny stać się strefami wolnymi od tych wytworów szatana. Właściwie, po co się rozdrabniać, zdelegalizujmy motocykle, ileż istnień ludzkich to uratuje.

Statystyką da się wszystko uzasadnić. Również to, że największa ilość śmiertelnych wypadków motocyklowych dotyka ludzi w przedziale 18-24 lat. Tylko, czy ktokolwiek pomyślał, o tym, że ta grupa wiekowa wśród motocyklistów jest również najliczniejsza?

Coś, co w zamyśle ministra ma chronić młodych ludzi, tak naprawdę będzie dla nich tylko kolejną przeszkodą na drodze. Kierowcy bez uprawnień, będą przykładać większą uwagę do obserwacji pobocza, gdzie mogą kryć się policyjne patrole, niż drogi.

Cała nadzieja w kochanej Unii Europejskiej, która ma na sztandarach wypisany zakaz dyskryminacji kogokolwiek ze względu na cokolwiek. W tym wypadku mamy do czynienia z dyskryminacją ze względu na wiek. Być może już niedługo młodzi motocykliści dołączą do homoseksualistów, ekologów i Eskimosów, z dyskryminacją których Unia dzielnie walczy. Przy okazji może uda się wywalczyć dopłaty bezpośrednie do zakupu części eksploatacyjnych i zwrot akcyzy na wysokooktanowe paliwo. Wszystko oczywiście za pieniądze ze składek kierowców „puszek”. Niech żyje moto-socjalizm!


2008-03-14 0:41

Tak się robi historię

Traktat Lizboński zostanie ratyfikowany przez wszystkie 27 państw Wspólnot Europejskich, w tym przez Polskę i nic tego nie zmieni. Ani dyskusje o referendum, ani pomysły posłów PiS, ani nawet odwlekanie ratyfikacji przez Prezydenta nie zatrzyma procesu tworzenia Unii Europejskiej. Coś, co nie udało się Napoleonowi, Hitlerowi, ani Stalinowi uda się kaście biurokratów i polityków. Podpisanie Traktatu będzie przedostatnim krokiem do zjednoczenia Europy w jednym organizmie państwowym.

Proces zjednoczenia państw kontynentu europejskiego wielokrotnie w historii kończył się niepowodzeniem. Dziś, ojcowie nowej idei unifikacji narodów Europy, stoją na progu sukcesu. Kluczem do niego okazała się idea zastąpienia miecza pieniędzmi. Pierwszy raz w historii proces ewolucji strukturalnej zapoczątkowany od stworzenia strefy wolnego handlu, przez unię celną, wspólny rynek i unię monetarną, a w końcu unię gospodarczą, skończyć ma się powstaniem unii politycznej. Byłby to ostatni etap integracji i zarazem pierwszy w historii świata taki model narodzin nowego organizmu państwowego.

Ze środków masowego przekazu bombardowani jesteśmy informacjami na temat tego jak blisko ratyfikacji traktatu jesteśmy i jakie to wspaniałe wydarzenie. Nikt jednak nie poddaje w wątpliwość sensu podpisywania tego dokumentu. Celem ma być „dalsza integracja”, tylko brakuje refleksji, po co i jakie niesie ona ze sobą korzyści dla Polaków? Korzyści niestety nie ma licznych. Koszta za to są ogromne. Wspólnota stworzyła już wspólny rynek, osiągnięto zniesienie wszelkiego rodzaju barier na granicach (granice istnieją i proszę nie dać sobie wmówić, że „granice zniesiono”) i konsekwentnie rozszerzana jest unia monetarna. Dalsza integracja to po prostu przekazanie kompetencji prawodawczych i mandatu do reprezentacji na arenie międzynarodowej w obce ręce.

Jednym z podstawowych haseł Traktatu Lizbońskiego jest postulat zwiększanie stopnia demokratyzacji. W takim razie, dlaczego wszystkie państwa Wspólnoty, jak ognia unikają organizacji wiążących referendów w sprawie ratyfikacji tej umowy międzynarodowej? Jedynym państwem, w którym odbędzie się referendum będzie Irlandia, ale to tylko dlatego, że takie wymogi stawia konstytucja tego państwa. Politycy nauczeni przykładem klęski Konstytucji Europejskiej, postanowili więcej nie powtórzyć tego błędu i nie pozwolić na podjęcie decyzji obywatelom w referendum powszechnym. Pojawia się dylemat. Skoro okrojona eurokonstytucja jest korzystna dla mieszkańców Wspólnoty, to dlaczego nie mogą oni zaakceptować jej w drodze głosowania? A jeśli byłaby niekorzystna, to dlaczego wszyscy politycy (którzy ponoć reprezentują nasze interesy) jak jeden mąż, starają się na wyścigi ją ratyfikować?

Tak naprawdę odbywający się teraz w całej Europie cyrk z referendami, których nie ma, to zamach na demokrację i podeptanie głównych ideałów zapisanych na papierze Traktatu. Wprowadzana tylnymi drzwiami minikonstytucja nie jest potrzebna nikomu w Europie poza urzędnikami, politykami i ofiarami medialnej propagandy.

Wraz z ratyfikacją przez wszystkich sygnatariuszy Traktatu Lizbońskiego, wszystkie państwa-strony, w tym Polska, stracą swoją suwerenność. Można okłamywać społeczeństwo, że tak nie jest, a nawet w to wierzyć, ale nie zmieni to faktów. Zostanie ona przekazana na szczebel ponadnarodowy w ręce Parlamentu Europejskiego. Z czasem zmieniony zostanie system głosowania w tymże. Traktat reformujący zmienia również zasady kierowania Unią Europejską. Na jej czele stać będę rotacyjnie, nie jak obecnie poszczególne państwa, ale 3 państwa jednocześnie. Od czasu jego wejścia w życie ustanowiony zostanie Przewodniczący Rady Europejskiej o 2,5 letniej kadencji, który będzie reprezentował kraje (chciałoby się napisać „prowincje”) członkowskie wobec państw trzecich. Obok niego funkcjonować będzie wysoki przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa.

Unia w końcu zyska osobowość prawną, co ostatecznie usunie wątpliwości w takich kwestiach, jak chociażby prawna definicja „obywatelstwa Unii”. Mimo to nowy twór nie będzie posiadał (na razie!) atrybutów państwowości, takich jak flaga, czy hymn. Są to jednak tylko ozdobniki, których znaczenie z punktu widzenia praktycznego jest marginalne. Najistotniejszym postanowieniem traktatów będzie potwierdzona wyższość w hierarchii prawnej aktów europejskich, nad prawem krajowym.

W Europie od dawna ścierały się dwie koncepcje integracji. Europa Regionów i Europa Narodów. Obecnie zwycięża pomysł rozczłonkowania państw europejskich na regiony, których znaczenie w polityce unijnej byłoby akcentowane mocniej, niż idea podkreślania różnic narodowych. Taka polityka korzystna będzie dla krajów dużych liczebnie, o ekspansywnej kulturze i gospodarce. W dłuższej perspektywie prowadzić ma do zatarcia różnic narodowych i wykreowania narodu europejskiego. W praktyce politycznej doktryna Europy Regionów nie jest niczym innym, jak wcielaniem w życie starożytnej maksymy „dziel i rządź”.

Traktat, pierwszy raz w historii europejskich aktów prawnych, zawiera zapis o możliwości wystąpienia ze wspólnoty przez państwo członkowskie. Podobny zapis zawierała Konstytucja Związku Sowieckich Republik Radzieckich. Analogia z Konstytucją ZSRR nie jest przypadkowa. Przepis daje prawo wystąpienia ze wspólnoty, ale odwołuje się do przepisów wykonawczych, których nie ma i nic nie wskazuje na to, żeby kiedykolwiek miały powstać.

Dużo ciekawsze rzeczy, z punktu widzenia europejskiej gospodarki, niż Traktat zawiera Karta Praw Podstawowych. Artykuł 17 stanowi, iż „nikt nie może być pozbawiony swego mienia…”, lecz dodaje: „chyba, że w interesie publicznym”. Ciarki przechodzą po plecach na samą myśl o tym, jak ciekawe interpretacje pojęć takich jak „interes publiczny”, „za uczciwym odszkodowaniem” i „wypłaconym we właściwym terminie” może stosować socjalistyczna Rada Europejska. Dalsze zapisy artykułu 17 nie pozostawiają złudzeń: „Korzystanie z własności może podlegać regulacji ustawowej, jeśli jest to konieczne ze względu na interes ogólny”. Wyrazić należy podziw dla inspiracji, już nawet nie socjalistycznych, a komunistycznych.

Artykuł 23 stanowi: „należy zapewnić równość mężczyzn i kobiet we wszystkich dziedzinach, w tym w sprawach zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia.” Pragnę zwrócić uwagę, że nie chodzi tu tylko o akceptowanie parytetów płci, ale głównie ich tworzenie! Ideologiczne skrzywienie na lewo europejskich prawodawców, nie pozostawia złudzeń. Centralne sterowanie, tworzenie ograniczeń i nakazów sprzecznych z logiką i wolnym rynkiem, to największe grzechy socjalistów na europejskich salonach.

Prawa pracowników stanowią istotny element Karty. Nie jest zaskoczeniem, że przywileje pracownicze dominują nad przywilejami pracodawców. Obok zapisów o prawie pracowników do strajków, dostępu do informacji o sytuacji firmy, ochronie medycznej i prawie do szeroko rozumianej godności, Karta zawiera pojęcie „nieuzasadnionego zwolnienia z pracy”. Z punktu widzenia pracownika, zapewne każde zwolnienie będzie „nieuzasadnione”. Nie mam wątpliwości, po której stronie i w tej kwestii stać będzie prawo unijne. Doprowadzić to może do nasilenia zjawiska widocznego już dziś – pracodawca boi się zatrudnić kogokolwiek na umowę o pracę, bo wie że pracownik staje się wtedy niemal nietykalny.

Punkt 3 artykułu 34 brzmi: „W celu zwalczania wyłączenia społecznego i ubóstwa Unia uznaje i szanuje prawo do pomocy społecznej i mieszkaniowej dla zapewnienia, zgodnie z zasadami ustanowionymi w prawie wspólnotowym oraz ustawodawstwach i praktykach krajowych, godnej egzystencji wszystkim osobom pozbawionym wystarczających środków.” Zwracam uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze kolejność wymienionych aktów prawnych. Ustawodawstwo unijne również w zapisach Karty uznawane jest za wiążące w pierwszej kolejności. Po drugie, zarówno ten jak i poprzednie zapisy, z całą mocą podkreślają socjalny charakter Unii Europejskiej, która z „najbardziej konkurencyjnej gospodarki świata do roku 2010” (element Strategii Lizbońskiej z 2000 r.), staje się powoli fundacją charytatywną typu non profit.

Czytelnik mógłby zapytać skąd ta zawzięta krytyka praw, które przecież są korzystne dla rzeszy Europejczyków. Diagnoza jest prosta. Aby komuś coś dać, komuś innemu należy to odebrać. Sam proces „odbierania” i „dawania” kosztuje. Kosztuje tyle ile wynosi utrzymanie całej tej biurokratycznej machiny (pomijam aspekt moralny i skutki rynkowe podatków i zabezpieczeń socjalnych, konkluzję ograniczając jedynie do efektywności takiego systemu). Są to pieniądze spożytkowane bezproduktywnie, bo jaka jest wartość dodana, w procesie przekładania pieniędzy z kieszeni Hansa, do kieszeni Johna? Obawiam się więc, że socjalny charakter wspólnoty nie wynika wcale z ducha miłości, solidarności i braterstwa, tylko z niezmiennej cechy każdej biurokracji. Urzędnicy i politycy zapewniają sobie pracę i apanaże, rozwijając coraz bardziej socjalny charakter wspólnoty.

Polityka ekonomiczna, którą prowadzi wspólnota, określa się w tekście Traktatu Lizbońskiego jako „społeczna gospodarka rynkowa”. Niestety, ta gospodarka ma tyle wspólnego z mechanizmami rynkowymi, co pierogi ruskie z Rosją. Koncesje i pozwolenia, limity produkcyjne i emisyjne, kwoty mleczne i klimatyczne, ceny maksymalne, dopłaty bezpośrednie, przymusowe ubezpieczenia, planowanie i rozdział funduszy na szczeblu centralnym i w końcu wysokie podatki od każdego przejawu przedsiębiorczości – oto społeczna gospodarka rynkowa, której nie powstydziłaby się żadna Republika Ludowa.

Kładziemy się jeszcze dziś spać w kraju, o którego losach i kierunku przemian możemy, w mniejszym lub większym stopniu, decydować sami. Wszystko wskazuje na to, że niedługo ma się to zmienić i tego procesu nie uda się nam zatrzymać. Trzymajmy jednak rękę na pulsie, abyśmy pewnego dnia nie obudzili się w państwie, na fladze którego jest już więcej gwiazdek czerwonych niż złotych…


2008-03-06 16:52

Czwarta władza nad Trzecią RP

Wesoła nowina. Platforma Obywatelska pracuje nad ustawą o zmianie Ustawy o radiofonii i telewizji. Prace równolegle toczą się w kancelarii premiera i w Ministerstwie Kultury, a „zderzenie” ich wyników poznamy w kwietniu – donoszą media. Nowina wesoła tym bardziej, że rządząca partia dopiero teraz zastanawia się nad różnymi „koncepcjami” kształtu przyszłej ustawy medialnej, a zatem również nad formami finansowania mediów publicznych. (Jak bumerang powraca pytanie, nad czym zatem zastanawiała się partia przez ostatnie 6 lat i jak mają się do tego przedwyborcze zapewnienia o przygotowaniu do rządzenia.)

Zniesienie podatku od odbiorników radiowych i telewizyjnych, dla emerytów i rencistów ma być pierwszym krokiem na drodze do likwidacji abonamentu w całości. Jego miejsce miałby zająć Fundusz Misji Publicznej. Zmiana jest w sposób oczywisty korzystna dla medialnego koncernu państwowego. Do tej pory górną granicą budżetu państwowych nadawców były wpływy z głównego źródła finansowania mediów publicznych, czyli z abonamentu. Ze względu na ograniczoną możliwość windowania stawek przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, oraz niezadowalającą ściągalność abonamentu, państwowy moloch narzekał na braki budżetowe. Po zmianach to politycy zdecydują ile i na co (fundusz celowy) zostaną przyznane środki. POle do manipulacji zaorane.

Różnica od strony potencjalnego widza polegać będzie na tym, że po zmianach nawet dotychczasowe uchylanie się od opłaty abonamentowej, nie uchroni go przed finansowaniem tej świątyni kiczu i żenady (tak, to o Telewizji Publicznej). Politycy po prostu w końcu wymyślili skuteczny sposób na ściąganie telewizyjnego haraczu od wszystkich obywateli, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, kto za tę imprezę ostatecznie zapłaci? A roczny koszt utrzymania ekipy z Woronicza wraz z przyległościami to około 2 mld zł. Mimo to elektorat będzie rozpływał się w uwielbieniu dla Platformy, ponieważ większość obywateli wciąż nie widzi związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy wydatkami budżetowymi, a podatkami.

Ważą się również losy ograniczeń w emisji reklam, w publicznej telewizji. Wydaje się, że realne są dwa scenariusze. Ograniczenia pozostaną, a politycy uchwalą haracz dla komercyjnych stacji, które przerzucą koszty na reklamodawców, a oni z kolei na konsumentów, lub ograniczenia zostaną zniesione. W drugim przypadku, biorąc pod uwagę specyfikę naszej telewizji państwowej, czas oswoić się z komunikatem: „przerywamy reklamy, aby nadać audycję”.

Swoją drogą, jako sporadyczny widz TVP czuję się przez nią oszukiwany. Zgodnie z prawem nie powinna ona przerywać programów w celu emisji reklam, tymczasem zasada ta jest nagminnie łamana. Każdemu ważniejszemu wydarzeniu sportowemu towarzyszy seria kilkuminutowych komentarzy, skróconych wydań programów informacyjnych, wejść na żywo do studia i na stadiony, wszystko przeplatane blokami reklamowymi. Podobnie rzecz ma się z nadawanym na żywo hitem tandety TVP 2. „Taniec na lodzie” przerywany bywał w połowie emisji, z naiwnym uzasadnieniem „przerwy technicznej”. Prowadząca uparcie wmawiała widzom, że to koniec części pierwszej programu. Część druga rozpoczynała się zaraz po reklamach. Czy nie jest to jawna hipokryzja i obraza inteligencji widzów? Nie, to komercja. Dużo bardziej TVP obraża widzów poziomem większości swoich programów i gustami, którym hołduje.

Politycy powinni zastanowić się, czy gra jest warta świeczki. Zamiast utrzymywać dwa kanały i sieć redakcji regionalnych, może taniej byłoby wykupić stały, półgodzinny blok emisyjny w paśmie najwyższej oglądalności, w jakiejś komercyjnej stacji? Aktualnie rządząca ekipa mogłaby uprawiać tam polityczną propagandę do woli. Po programie pojawiałaby się plansza z podziękowaniem dla sponsora i logiem aktualnie rządzącej partii. Dzięki takiemu układowi rządzący mogliby, przestać plątać się w zeznaniach, opowiadając o doniosłej telewizyjnej misji krzewienia kultury i niesienia kaganka oświaty przed ciemnym ludem. Bo, misja publiczna jest jak yeti – wszyscy o niej słyszeli, lecz nikt nie widział. Chyba, że uznamy za misję telenowele, filmy B klasy, koncerty z playbacku, stronniczą publicystykę, tudzież serwisy informacyjne układane przez oficera prowadzącego - bo to jest trzon ramówki TVP.

Telewizja nie powinna być finansowana z budżetu państwa, ani z przymusowej daniny, jaką jest abonament. Może to rewolucyjna teza, ale uważam, że przepływ pieniądza powinien odbywać się w drugim kierunku. Telewizja powinna zarabiać nie tylko na siebie, ale i generować zyski! Najwyższy czas przyznać się do tego, że „misja” zakończyła się niepowodzeniem i rozpocząć restrukturyzację tego molocha. Zysk nie musi być najwyższym priorytetem tej spółki, ale powinien współgrać z pozaekonomicznymi celami, które stawia przed sobą ten nadawca. Pogodzenie ognia i wody jest możliwe. Wiele przedsiębiorstw realizuje cele społeczne, tuż obok działalności zarobkowej. Muszą być tylko zachowane odpowiednie proporcje. Nie można jednak zdzierżyć sytuacji, w której nieudolne zarządzanie i niegospodarność TVP, tłumaczy się jej szczególną pozycją na rynku medialnym.

Minister skarbu, pan Aleksander Grad ogłosił, że telewizja należy do strategicznych podmiotów, które nie będą prywatyzowane. Myślę jednak, że pomysł sprzedaży mniejszościowego pakietu w drodze oferty publicznej i wprowadzenie spółki na giełdę powinien zostać skrupulatnie rozważony. Takie posunięcie na pewno wpłynęłoby pozytywnie na transparencję procesów zachodzących wewnątrz firmy, a tym samym wymusiłoby zmiany w kierunku rynkowych przemian wewnątrz tego podmiotu. Niezbędne byłoby też zbudowanie profesjonalnej kadry zarządzającej i kadry pracowników średniego szczebla, których kadencje nie byłyby sprzężone z kalendarzem wyborów politycznych. Taki model zatrudnienia w spółce skarbu państwa jest możliwy, przykładem może być chociażby zarząd Giełdy Papierów Wartościowych, którego skład nie jest determinowany przez polityczne zawirowania.

Niestety. Wszystkie te zmiany zależą od polityków i żadna z tych zmian nie jest im na rękę, dlatego nie wierzę w sprawnie zarządzane, apolityczne media publiczne. Warto jednak pokazywać, że jest alternatywna droga przekształceń. Jeśli mimo to, ktokolwiek wierzy w dobre intencje PO i daje się przekonać, że media mogą zostać odpolitycznione przez polityków i restrukturyzowane przez urzędników, którzy na co dzień zajmują się powiększaniem deficytu, musi być hipokrytą, lub pracownikiem publicznej telewizji.

Zachęcam Państwa do przeczytania dwóch tekstów, które doskonale obrazują jak wygląda zarządzanie i materialna sytuacja telewizji publicznej w Polsce. Poniżej znajdują się odnośniki.

> Sześć głównych problemów TVP
> Komiwojażerka