Blog red/akcyjny

Giełda jest jedynym znanym narzędziem wyceny marzeń

Archiwum: maj 2008

2008-05-21 20:06

Tanie państwo, czy tani chwyt

Obserwując profesjonalizm polityków działających w ramach współczesnych demokracji można dojść do wniosku, że nie ma idei, której nie byliby w stanie skompromitować. Świeżym i zarazem jednym z boleśniejszych przykładów ideowego sabotażu jest koncepcja „taniego państwa”, którą zaczęto ośmieszać jeszcze za czasu rządów PiS-u. Teraz nadużywając przykładów rzekomych oszczędności, którymi szczyci się gabinet Tuska, krecią robotę kontynuuje Platforma Obywatelska. Jednak, jak bardzo obosieczną bronią może być szukanie groszowych oszczędności i sugerowanie marnotrawstwa poprzednich ekip, przekonał się premier przy okazji swojej „podróży życia”.

Media i opozycja przekształciły się w biura podróży, które skrupulatnie wyliczają premierowi każde peso pozostawione na kontynencie południowoamerykańskim. Niektórzy nawet oburzają się, że premier wraz z polską delegacją mieli czelność wyjść z hotelu – przecież w ten sposób narażali budżet na kolejne wydatki! Czy Polska zbankrutuje i stanie się drugą Argentyną? Bez paniki. 8,5 proc. wzrost gospodarczy i stopa bezrobocia poniżej 9 proc. na razie nam nie grozi ;) (dane dla Argentyny za 2007 r., źródło CIA). Za to święcie oburzona opozycja i niektórzy dziennikarze pytają, gdzie jest „tanie państwo” skoro kancelarię premiera stać na wysłanie rządowej delegacji na drugi koniec świata. Jak zwykle odpowiedzi szuka się nie tam, gdzie szukać się ich powinno.

Czy idea „taniego państwa” naprawdę sprowadza się do piania z zachwytu nad tym, że na zaprzysiężenie rząd przywieziony został autobusem, premier na spotkanie z prezydentem Stanów Zjednoczonych lata rejsowym samolotem, a kancelaria szefa rządu chwali się oszczędzonymi 20 tys. zł na orędziu telewizyjnym? Może warto zacząć oszczędzać na spinaczach w ministerstwach, a powierzchnię na plecach premiera przeznaczyć na cele reklamowe? Gdzie jest granica tego absurdu?

Dlaczego nikt z walczących o „tanie państwo” nie zauważa, że zasoby są marnotrawione gdzie indziej. Machina państwowa zajmuje się wszystkim: leczy, uczy, buduje, ubezpiecza, wydobywa, dożywia dzieci, produkuje, kontroluje, inwestuje, administruje, a we wszystkim jest mniej efektywna niż analogiczna działalność instytucji prywatnych. Tanie państwo to nie groszowe w skali kraju oszczędności, którymi chwalić się można przed kamerami, ale kompleksowa koncepcja efektywnej organizacji państwa.

O „tanim rządzie” mówił już w XVIII w. Adam Smith i nie chodziło mu bynajmniej o konieczność oszczędzania na wystawnych bankietach rządzących, czy ograniczeniu kosztów działalności parlamentu. Smith, jedna z najważniejszych postaci liberalizmu, do której to doktryny tak chętnie nawiązuje Platforma, uważał, że skoro rząd musi funkcjonować, to jego sfera zainteresowań powinna być jak najwęższa, ograniczona jedynie do kilku elementarnych funkcji (bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, sądownictwo, w uzasadnionych okolicznościach edukacja). Wchodzenie rządu w inne sfery aktywności jest dla Smitha marnotrawstwem pieniędzy podatników, ponieważ te same efekty mogłyby zostać uzyskane przez inicjatywę prywatną dużo szybciej, łatwiej i taniej.

Tanie państwo w rozumieniu klasycznych liberałów oznaczało organizację terytorialną, która z racjonalnych powodów, z pożytkiem dla obywateli i siebie samej, ogranicza swoją sferę zainteresowań do minimum. Dzięki temu państwo jest w stanie działać sprawnie, szybko i skutecznie, a co najważniejsze nie staje do nieuczciwej konkurencji z przedsiębiorcami. W ograniczaniu kosztów działalności państwa jeszcze dalej idą libertarianie. Ten skrajny odłam neoliberalizmu postuluje oddanie większości kompetencji państwa w ręce prywatne, co ograniczyłoby koszty funkcjonowania państwa do minimum. Doktryna myśli leseferystycznej jest bardzo bogata i rozbudowana, ale osadzona na wspólnych fundamentach wolności, własności prywatnej, praworządności i wolnego rynku.

Model państwa minimalnego, ultraminimalnego lub realna likwidacja państwa jako takiego i zastąpienie go systemem anarcho-kapitalistycznym, bazuje na dokładnie tych samych założeniach, z których wychodzili ojcowie liberalizmu klasycznego. Fundamentem dla wszystkich nurtów myśli wolnościowej jest przekonanie, że wolność i własność są niezbędnymi elementami dla istnienia wolnego rynku, który jest najlepszą formą wymiany i regulacji.

Czy to państwo minimalne, gdzie państwo jedynie broni swoich obywateli przed przemocą i gwarantuje poszanowanie prawa oraz umów, czy ultraminimalne gdzie jedynie utrzymuje monopol na używanie przemocy, czy też system w którym państwo zanika, a wszystkie stosunki regulowane są przez umowy pomiędzy wolnymi ludźmi, zawsze argumentacja pozostaje ta sama. Stosunek jakości usług do kosztów niezmiennie przemawia na korzyść inicjatywy prywatnej. Czym większe pole działania zostawia państwo jednostce, tym działanie państwa jest „tańsze”, a przez to jednostce pozostaje więcej zasobów, których pomnażaniem może się zająć, co odbywa się z obopólną korzyścią.

Abstrahując od skrajnych nurtów myśli politycznej, wydaje się, że najbardziej racjonalnymi działaniami, jakie mogłaby podjąć rządząca ekipa są, zgodnie z filozofią jaką rzekomo reprezentuje; zdecydowane ograniczanie obciążeń obywateli i podmiotów gospodarczych, wycofanie państwa z dziedzin w których nie jest niezbędne i co najważniejsze deregulacja legislacyjna sfer aktywności, w których państwo ma monopol, bądź prowadzi nieuczciwą konkurencję z kapitałem prywatnym.

W efekcie obniżenia kosztów działania przedsiębiorców, demonopolizacji i prywatyzacji państwowych sektorów gospodarki oraz liberalizacji prawnej, długofalowe korzyści z pewnością przeważyłyby nad kosztami. Jak to wygląda w praktyce widać na przykładzie Rosji, która nieśmiało ale konsekwentnie realizuje wolnorynkowe przemiany. Po reformie podatkowej 1998-2000 r., która zakładała uproszczenie, ujednolicenie i przede wszystkim generalne obniżenie obciążeń fiskalnych już w 2001 r. odnotowano z tego tytułu zwiększone wpływ do budżetu państwa.

Pomiędzy obniżaniem podatków, a zwiększaniem przez to wpływów do budżetu nie zachodzi logiczna sprzeczność. Obrazuje to teoria Laffera, który opracował model zależności pomiędzy stawką opodatkowania, a wpływami do budżetu państwa. Popularna i szeroko dyskutowana teoria tłumaczy sukces rosyjskiej reformy podatkowej.

Tymczasem, które rozwiązania z wachlarza pożądanych reform zamierza wprowadzić Platforma, nie wiadomo. W sferze podatków obiecywano wiele, lecz wiele się nie zmieniło. Podatek Belki nadal zniechęca do inwestowania i oszczędzania, a uproszczenie skali podatkowej przez wprowadzenie płaskiej stawki podatku to nadal tylko odległe plany. Reforma finansów państwa przygotowywana chyba w lochach Ministerstwa Finansów prędko raczej nie ujrzy światła dziennego, o czym świadczy rezygnacja prof. Gomułki z sygnowania własnym nazwiskiem tej legislacyjnej impotencji. Są szanse, że przyspieszy prywatyzacja spółek Skarbu Państwa, ale prawdopodobnie w samym środku cyklu spowolnienia gospodarczego i giełdowej bessy. A Poseł Palikot robi wszystko co może, aby pozbyć się członkostwa w Platformie i prawdopodobnie również przewodzenia komisji Przyjazne Państwo. Czy nawet on stracił już wiarę w cuda?

Pechowo dla ekipy Donalda Tuska nie wszystkie braki merytoryczne da się ukryć pod potokiem kwiecistych wynurzeń o miłości i zaufaniu oraz rozmyć odpowiedzialność dzięki uciekaniu się do tematów zastępczych. Pompatycznie reklamowany rząd profesjonalistów okazuje się powoli wielkim rozczarowaniem. Jednak to co najmocniej uderza, to powrót rządzących do wzorców wypracowanych przez gabinet Marcinkiewicza. Niestety Polską znów rządzi premier, którym rządzą specjaliści od wizerunku, a „tanie państwo” stało się tanim chwytem socjotechnicznym, kreującym fatamorganę sukcesów.


2008-05-12 23:16

24 karaty marketingu

Wydaje się, że gorączka złota, którą przechodziły rynki w ostatnich kwartałach powoli opada. Solidną korektę szalonego rajdu cen widać na wykresie, niewiele jednak zmieniło się w świadomości inwestorów – złoto uchodzi obecnie za jedno z najlepszych lekarstw na bessę. Klienci instytucji finansowych, którzy sparzyli się na giełdowej przecenie rozpoczętej w połowie zeszłego roku, zaczęli z dystansem podchodzić do papierów wartościowych i jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. W odpowiedzi zarządzający i doradcy polecali najczęściej lokaty, struktury i hit ostatnich miesięcy – złoto właśnie.

Jak zwykle w czasie kryzysu na rynkach giełdowych część kapitału wędruje na rynek metali szlachetnych, pompując ceny kruszców. W tej sytuacji analogicznie do giełdowej hossy, ryzyko wejścia na rynek na górce rośnie wraz ze zwiększaniem się dynamiki wzrostów cen. Osoby, które dały się namówić na lokatę kapitału z najtwardszą walutę świata, zachodzą obecnie w głowę, czy przeceny ostatnich dwóch miesięcy to tylko korekta kilkuletnich wzrostów, czy może początek odwrócenia trendu. Zdaniem przytłaczającej większości analityków zdecydowanie za wcześnie, by mówić o załamaniu złota. Czy zatem posiadacze złotych sztabek lokacyjnych, monet, biżuterii i pozycji L na platformach forexowych mogą spać spokojnie?

Wycenie złota pomagać może powszechnie spodziewana, dalsza eskalacja kryzysu subprime. W zasadzie posiadacze złota mogą przy ocenie ryzyka stosować maksymę „czym gorzej, tym lepiej”. Zakończenie kryzysu na rynku kredytów hipotecznych i wyjście amerykańskiej gospodarki z fazy recesji, może być jednak poważnym ciosem dla wartości złota. Co więcej, nawet przesłanki mówiące o mniejszej skali kryzysu niż zakładano, przy obecnych – nadal wysokich wycenach metalu, mogą mu poważnie zaszkodzić. Nadzieją dla posiadaczy złota zawsze pozostaje jednak inflacja, przed która tradycyjnie już inwestorzy bronią się, kupując złoto.

W tym kontekście warto obserwować w szczególności ceny ropy, które po pierwsze są mocno skorelowane z cenami złota, a po drugie są bardzo ważną pośrednią i bezpośrednią pozycją w koszykach inflacyjnych. Kontynuacja wzrostowego trendu na ropie jest obecnie dużo bardziej prawdopodobna niż w przypadku złota, a co za tym idzie można spodziewać sie, że w wypadku dalszych wzrostów cen czarnego złota, pociągną one za sobą ceny złota właściwego.

Paliwem rakietowym dla cen złota na przestrzeni wieku były zawsze zbrojne konflikty o zasięgu co najmniej regionalnym. Najpoważniejszym kandydatem do odgrywania roli takiego katalizatora nadal pozostaje Bliski Wschód. Inwazja amerykańska na Iran nie jest wcale tak mało prawdopodobna, jak zwykło się powszechnie uważać, szczególnie jeżeli wybory do Białego Domu wygra Hillary Clinton. Jakkolwiek pozostali kandydaci również nie gwarantują zerwania z doktryną eksportu demokracji.

O tym, jaka będzie zagraniczna polityka nowego przywódcy Stanów przekonamy się dopiero po wyborach, ponieważ nie warto jako wiążące traktować przedwyborczych, pacyfistycznych obietnic. Wystarczy przypomnieć tylko, że Bush Jr. przed objęciem urzędu prezydenta uważany był za polityka, którego kadencja oznaczać będzie powrót Stanów do tendencji izolacjonistycznych. Wycofanie się z regionu bliskowschodniego okazało się niemożliwe i nic nie wskazuje na to, żeby kolejnemu prezydentowi udało się wyciągnąć Stany z ruchomych, pustynnych piasków, w których ugrzęzły.

Wojna lub znaczące przesilenie polityczne odciśnie swoje piętno na złocie bezpośrednio, a także pośrednio przez ceny surowców energetycznych. W literaturze zwykło się uważać, że to złoto z reguły wyprzedza ceny innych towarów, jednak trwająca właśnie gorączka na rynkach paliw, burzy nieco ten obraz. Być może ceny ropy oderwały się już od fundamentów, jednak wciąż nie widać chęci sprawdzenia ich na niższe poziomy.

Mówiąc o złocie nie można, nie wspomnieć o najistotniejszej zmiennej – dolarze. Słaby dolar z jednej strony wzmacnia złoto, z drugiej zmniejsza zyski m.in. polskich inwestorów kupujących realne złoto. Takie transakcje rozliczane są w złotówkach, a czym silniejsza waluta względem dolara, tym mniejszy zysk z procentowego przyrostu wartości złota względem dolara.

Patrząc na złoto z tej perspektywy ostatni rok może wydawać się zaskakujący. W ciągu ostatnich 12 miesięcy na międzynarodowych rynkach złoto zyskało 31 proc. W tym samym czasie złotówka umocniła się do dolara aż o 27 proc. Oznacza to, że po uwzględnieniu różnic kursowych zarobiliśmy zaledwie 4 proc. – czyli tyle, ile wynosi obecnie średnioroczna inflacja! Warto o tym pamiętać, oglądając broszurki przyniesione przez akwizytora… tfu doradcę finansowego.

Na deser zamieszczam wykres obrazujący silną ostatnimi czasy korelację pomiędzy słabnącym dolarem i umacniającym się złotem - w tym wypadku, w odniesieniu do złotówki.

Podsumowując należy zauważyć, że złoto nie jest już tak atrakcyjną inwestycją jak jeszcze kilka lat temu. Perspektywy wzrostu mimo wszystkich wymienionych powyżej czynników nie są gwarantowane. Konkurencją dla złota są wysoko oprocentowane obligacje, lokaty i rachunki oszczędnościowe, które mimo relatywnie niskich stóp zwrotu, zapewniają pewną ochronę kapitału w trudnych czasach bessy. Ostatecznie dla złota największym zagrożeniem jest otrząśnięcie się inwestorów z traumy, jaką wywarły na nich ostatnie spadki, a w konsekwencji powrót długoterminowych wzrostów na rynki akcji.

Decydując się na inwestycję w złoto, ze względu na ostatnie rekordy cen i bardzo szeroki spread w obrocie towarowym, lepiej wybierać długookresowy horyzont inwestycyjny. Złoto pod tym względem jest specyficznym towarem, ponieważ daje gwarancję utrzymania wartości przez pokolenia - zapotrzebowanie na złoto istnieje od tysięcy lat i nie zanosi się na to, aby miało się to zmienić. Spekulując na rynku złota najlepiej korzystać z instrumentów pochodnych bazujących na wycenie metalu.

Nie warto za to dać się wciągnąć w owczy pęd i nieprzemyślane inwestycje, wynikające z mody lub marketingowych zabiegów instytucji oferujących “złote” produkty. Stopy zwrotu liczone w sektach procent, reklamy obiecujące złote góry, żenujące doniesienia prasowe o tym, że w punktach detalicznych brakuje złota na sprzedaż, wszystko to buduje atmosferę podobną do tej wokoło funduszy inwestycyjnych sprzed roku. Tłum kupuje złoto. Jak jednak pokazuje doświadczenie, większość nie zawsze ma rację.