Blog red/akcyjny

Giełda jest jedynym znanym narzędziem wyceny marzeń

Archiwum: grudzień 2009

2009-12-30 2:56

Czy warto lecieć na Pandorę?

Fabuła Avatara, nowego filmu Jamesa Camerona, opiera się na konflikcie o złoża surowca zwanego Unobtainium znajdującego się na odległej Pandorze. Jak dowiadujemy się z treści filmu, kilogram tego metalu kosztuje na Ziemi 20 mln dolarów. Oznacza to, że cena 1 uncji surowca to 622 070 dolarów. Wydaje się całkiem sporo, porównując do wyceny innych “pospolitych” metali. Prawda?

Na przykład cena złota w tej chwili to 1093 dolary za uncję. Jednak trzeba pamiętać, że dzisiejszy dolar w 2154 r. będzie wart o wiele mniej. Od początku swojego istnienia do 2004 r. dolar stracił ponad 92 proc. swojej siły nabywczej, czyli tak naprawdę wartości. Oznacza to, że dwieście lat temu wartość 1 dolara odpowiadała obecnej wartości ponad 14 dolarów.

Jednak jeżeli chcemy oszacować ile będzie wart dolar za kolejne 200 lat nie możemy zastosować prostej ekstrapolacji trendu, ponieważ w historii dolara miało miejsce jedno bardzo ważne wydarzenie, które sprawiło że dolar po 1971 r. nie jest już tą samą walutą co wcześniej. Chodzi oczywiście o załamanie się systemu z Bretton Woods oraz zniesienie wymienialności dolara na złoto.

Od 1971 do dzisiaj amerykańska waluta straciła 81 proc. swojej wartości i to właśnie tę tendencję wykorzystamy do próby oszacowania jego wartości w 2154 roku. Zakładając, że dolar co roku tracić będzie 4,43 proc. swojej siły nabywczej możemy wyliczyć, że za 145 lat będzie za niego można kupić tylko 0,00146659 dóbr, które można nabyć dzisiaj. Oznacza to, że aby posiąść siłę nabywczą dzisiejszego 1 dolara, w 2154 r. będziemy musieli posiadać aż 681,85 dolarów. Przekładając to na cenę złota, można oszacować wartość jednej uncji w połowie XXII w. na poziomie 745 267 dolarów, co daje prawie 24 mln dolarów za kilogram!

Zatem cena 20 mln dolarów za kilogram Unobtainium w 2154 r. nie robi już takiego wrażenia. Można nawet zadać sobie pytanie, czy wydobywanie tego metalu nawet w ilościach przemysłowych byłoby w stanie sfinansować zakrojoną na taką skalę wyprawę międzygwiezdną? Można mieć wątpliwości. Na pewno jednak problem ten nie dotyczy filmowców, którym inwestycja w dzieło Camerona zwróci się z nawiązką.

Produkcja i promocja Avatara kosztowała pół miliarda dolarów. Jednak wytwórnia i inwestorzy, którzy wyłożyli pieniądze na ten projekt mogą spać spokojnie. W pierwszy weekend wyświetlania film zarobił na całym świecie 242 miliony dolarów.

W Polsce pierwsze trzy dni pokazów to 315 143 widzów i 7 803 451 zł wpływów do kas kin. Oznacza to, że średnia cena biletu na nowe dzieło Camerona to niecałe 25 zł. Jest to wyższa wartość niż dla średniej ceny biletu kinowego, którą wynosi 17 zł. Różnica, pomijając wyższe ceny biletów w weekendy (Avatar premierę w Polsce miał w Boże Narodzenie, z 2 tyg. opóźnieniem w stosunku do premiery światowej) wynika z tego, że film wyświetlany jest głównie w formacie 3D.

To właśnie trójwymiarowa jakość obrazu może być powodem, dla którego przemysł kinowy, wbrew temu czym straszą organizacje antypirackie, nie umrze, a wręcz przeciwnie, ma szansę złapać drugi oddech. Tradycyjne kina wciąż mają ogromną przewagę nad większością zestawów kina domowego, a dzięki technologii 3D jeszcze zwiększają ten dystans.

Kondycja branży nie jest zła. Wystarczy powiedzieć, że mimo “wielkiego kryzysu” ten rok dla polskich kin może okazać się rekordowy - po raz pierwszy liczba sprzedanych biletów ma szansę zrównać się z liczbą mieszkańców Polski. Swoją cegiełkę do tego bardzo dobrego dla polskich operatorów kinowych okresu dołoży najnowsze dzieło Jamesa Camerona.

Ciekawostka: Unobtainium to nazwa metalu wymyślonego przez inżynierów-miłośników SF jeszcze w latach 50., określająca ekstremalnie rzadki i posiadający niezwykłe właściwości hipotetycznie istniejący materiał, który z definicji jest rozwiązaniem każdego problemu konstrukcyjnego.


2009-12-20 19:52

Ogłoszenia parafialne

Trwają prace modernizacyjne…

…dlatego strona może nie posiadać aktualnie pełnej sprawności. Wraz z nowym rokiem ruszamy z większą aktywnością i nowymi pomysłami ^^

Tymczasem zapraszam do zagrania w grę ‘korporacyjny dzień świstaka’.


2009-12-15 0:01

20 studentów vs profesjonalni zarządzający

Złota zasada zarządzania brzmi: „każdego nawet najbardziej doświadczonego pracownika, da się zastąpić skończoną liczbą studentów“. Dopóki stosują ją szefowie firm, mówimy o „elastycznym rynku pracy“, ale co się stanie, gdy zaczniemy ją stosować w zarządzaniu inwestycjami? Czy zarządzającego funduszem inwestycyjnym może zastąpić 20 studentów?

Doświadczalnie postanowili sprawdzić to członkowie koła naukowego „Progress“ na Uniwersytecie Łódzkim. Zamierzają oni przeprowadzić ogólnopolską selekcję wśród studentów (startuje dziś), aby wyłonić 20 posiadających największą wiedzę o rynkach kapitałowych, a następnie dać im pieniądze do pomnażania. Fragment oficjalnego komunikatu opisuje to w ten sposób:

„15 Grudnia zostanie uruchomiona rekrutacja do Pierwszego w Polsce SFI działającego jak Studencki Fundusz Inwestycyjny. Jest to pierwszy z 3 etapów jaki będą musieli przejść studenci z całej Polski, aby móc inwestować na Giełdzie Papierów Wartościowych realnym kapitałem. Drugim etapem będzie Ogólnopolski test wiedzy z zakresu rynków kapitałowych, ostatnim natomiast rozmowa kwalifikacyjna. [...] Zostanie wybrana grupa 20 studentów, która otrzyma możliwość inwestowania na GPW kwotą min. 10 tys zł. Decyzje dotyczące inwestycji będą podejmowane na cotygodniowych spotkaniach, w trakcie 3 miesięcznej edycji SFI, większością 2/3 głosów.“

Kapitał, który będzie inwestowany jest własnością koła naukowego (i łącznie z potencjalnymi zyskami) pozostanie w tym „studenckim funduszu inwestycyjnym“ na czas kolejnych edycji konkursu. Dzięki temu przekonamy się czy w długiej perspektywie warto płacić kilkudziesięciotysięczne wynagrodzenia i kilkusettysięczne premie zarządzającym TFI, czy lepiej zaprząc do pracy 20 studentów, w zamian za „laptopy, telefony komórkowe, możliwość odbycia płatnych praktyk“.

TFI płacić jednak muszą, bo każde towarzystwo z mocy prawa ma obowiązek zatrudnić co najmniej dwóch licencjonowanych doradców inwestycyjnych (nie mylić z doradcami finansowymi…), aby móc w ogóle prowadzić działalność. Co więcej, doradcy inwestycyjni (oraz maklerzy z uprawnieniami do wykonywania czynności doradztwa inwestycyjnego) mają wyłączność na zarządzanie cudzym kapitałem. Powstaje zatem pytanie czy sama idea konkursu nie łamie prawa? Organizatorzy twierdzą, że prowadzą nadal w tej sprawie konsultacje z KNF, a opiekun całego przedsięwzięcia posiada licencję doradcy inwestycyjnego.

W Polsce jest to prawdopodobnie pierwsza taka inicjatywa. W Stanach w 2005 roku działało blisko 200 tego typu funduszy, z czego niektóre obracały kwotami liczonymi w milionach dolarów (np. Penn State Student Investment Fund). Poza aspektem edukacyjnym przedsięwzięcia tego typu są doskonałym miejscem do rekrutacji przyszłych zarządzających dla profesjonalnych instytucji finansowych. Dlatego nie dziwi, że w konkursie koła naukowego „Progress“ główną nagrodą jest pomoc w uzyskaniu licencji doradcy inwestycyjnego.

Konkurs trwa trzy miesiące. Warto mu się przyglądać chociażby z ciekawości, czy 20 wyselekcjonowanych studentów może pokonać profesjonalnych zarządzających oraz aby zobaczyć jak w praktyce sprawdza się demokratyczne zarządzenie funduszem (decyzje inwestycyjne podejmowane w głosowaniach).

Nieprzypadkowa wydaje się również data rozpoczęcia rekrutacji. Dzień później, czyli 16.12., startuje już IX edycja Gry Giełdowej dla Studentów „Parkietu“. Do udziału w obu konkursach zachęcam wszystkich posiadających jeszcze indeks!